Dlaczego blog?

A bo tako się zbierałem, żeby kajś dostrzeżenia umieszczać i opowieści. Coby znajomkowie mogli pooglądać i poczytać, kiedyśmy daleko od siebie i dzielenie się historiami znad herbaty lub wina niemożliwe jest.

sobota, 30 lipca 2011

Mięso




Jest burza. Burza wokół słów, jakie wypowiedział przed kilkoma dniami wokalista The Smiths, Morrissey, na koncercie w Polsce. Przed piosenką "Meat is Murder" ze sceny padły dwa zdania:

“We all live in a murderous world, as the events in Norway have shown, with 97 dead. Though that is nothing compared to what happens in McDonald’s and Kentucky Fried S*** every day.”
[Wszyscy żyjemy w świecie morderców, co pokazują ataki w Norwegii. To jednak nic w porównaniu z tym, co dzieje się każdego dnia w McDonald's i KFC.]

Słowa te dziennikarz gazety.pl już w pierwszym akapicie swojego artykułu nazywa "lekceważącymi" wobec wydarzeń norweskich. Moim zdaniem to dosyć spore nadużycie i nadinterpretacja. Wokalista mówi wszak o morderstwie. O świecie morderców. Mówi poważnie. Nie kpi i nie ironizuje. Jego sposób postrzegania rzeczywistości, a także system etyczny, jakim się kieruje nie widzi różnicy pomiędzy morderstwem jednego a drugiego zwierzęcia, jakim w końcu jest także i człowiek. Nie umniejsza tragedii z Oslo i Utoyi, twierdzi tylko, że w jego mniemaniu, na Ziemi mają miejsce jeszcze okropniejsze zdarzenia. Zalicza do nich miliony istnień zabijanych codziennie w rzeźniach.

Cierpienie ludzi nie różni się niczym od cierpienia innych zwierząt, co już dosyć dawno dowiedli naukowcy. Zaś sytuacja z Utoyi jest niczym innym jak polowaniem. Był strach, panika, desperackie ucieczki, skakanie do morza, udawanie martwego - tak wynika z opowieści tych, którzy przeżyli te wydarzenia. Czyż dzik, jeleń, słoń... nie reagują podobnie, gdy są gonione przez hordy myśliwych? Moim zdaniem nie ma żadnej różnicy. Mimo wszystko śmierć na polowaniu jest dosyć szybka. Obława wprawdzie może nieco potrwać, ofiara może krwawić długo, zanim jej nie dobiją, ale to i tak nic w porównaniu ze stresem, jaki przeżywają zwierzęta rzeźne. Najpierw w transporcie, a potem w oczekiwaniu na swoją kolej.

To jednak nie ekolodzy, obrońcy praw zwierząt czy nadwrażliwcy to dostrzegli, a ludzie z biznesu mięsnego. Dowiedziono bowiem, że przerażenie przed śmiercią powoduje wydzielanie pewnych substancji, które psują mięso. Stąd poszukiwania tzw. humanitarnych sposobów zabijania. Tyle, że nie chodzi o troskę o zwierzęta, chodzi o biznes. Żeby mięso było konkurencyjne. Żeby jak najmniej wydać, a jak najwięcej zarobić. Czy analogia z obozami zagłady jest aż tak kontrowersyjna? Tam również szukano najszybszych i najtańszych sposobów zabijania, jak największej ilości ludzi. Swoją drogą hitlerowcy już w latach 30. odwiedzali amerykańskie rzeźnie, które jako pierwsze wprowadziły masową produkcję mięsa, czyli wielkie ubojnie. Celem nie było jednak kopiowanie technologii wytwarzania żywności na dużą skalę, a znalezienie sposobu na szybkie wymordowanie Żydów, Cyganów i Słowian. Powód: zwiększenie przestrzeni życiowej, komfort. Czy jedzenie mięsa w czasach, gdy większość ludzi tzw. cywilizacji zachodniej może wybierać, ponieważ gama produktów dostępnych rynkach bez problemu zaspokaja potrzeby ludzkich organizmów, nie jest także komfortem?

Ale wracam do Norwegii i Morisseya. To, co się stało na północy, sparaliżowało mnie na kilka godzin. Wgapiałem się w ekran monitora i sczytywałem kolejne informacje. Od razu słałem też zapytania do znajomych z Oslo i okolic czy ich bliskim nic się nie stało. Spędziłem tam wszakże ponad rok w ostatnich 3 latach. Doskonale znam miejsce wybuchu w centrum. Koło Utoyi tylko przepływałem promem. Niemniej to co się tam działo, było namacalne. Nie anonimowe. Z ludźmi z norweskiej Partii Pracy ratowałem ptaki koło Langesund w 2009 roku, po tym jak z tankowca wyciekło kilka ton ropy na Morzu Północnym. Ba! Po premierze z tej partii został mi się specjalny skafander do wyławiania upaćkanej ropą Ptakowni. Być może pośród setki ludzi, z którymi mijałem się przy czyszczeniu piór, karmieniu, wyławianiu kormoranów, łabędzi, kaczek, mew był ktoś kto teraz został zamordowany. Nie wiem.

Spośród moich znajomych nikt nie stracił nikogo z rodziny ani przyjaciół. Ktoś jednak pisał o sąsiadach, o znajomym znajomych... Sam już nie wiem, co było dla mnie większym szokiem - sam zamach, czy to, że wbrew pierwszym sugestiom dziennikarzy i "specjalistów" po dwóch stronach Oceanu, terrorystą nie okazał się muzułmanin, ale Norweg i do tego chrześcijanin.

Nie umniejszając wcale współczucia dla rodzin, nie mogąc sobie nawet wyobrazić, co musieli odczuwać ci, których bliscy byli na wyspie, a oni jedyne co mogli zrobić to śledzić wiadomości i kontaktować się z policją, nie mówiąc już nawet o tych, którzy na Utoyi próbowali przeżyć, muszę jednak przyznać, że pojawiła się refleksja tożsama z myślami Morrisseya. Tak, pomyślałem o obławach na zwierzęta, o polowaniach dewizowych, gdy wystawia się gościowi z zagranicy gatunek, na który akurat ma chęć zapolować. W Czechach są nawet specjalne tereny, gdzie można ustrzelić sobie lwa albo tygrysa! Pomyślałem też o rzeźniach. O tym, że ginie tam codziennie jeszcze więcej istnień, a strach, stres, trauma są przynajmniej takie same.

Mimo wszystko na facebooku do zdjęcia profilowego nie mam przyklejonego symbolu solidarności ze zwierzętami, a przez tydzień widniała tam norweska flaga. Póki co nie pojawiła się tam także biała gwiazda na niebieskim tle w związku z milionami osób, które głodują w Somalii. Nie załączyłem też zielonej gwiazdy na czerwonym tle, po tym jak w samolotowym wypadku zginęło niewiele mniej osób niż w atakach norweskich. Ranga tego ostatniego inna. Podobnie jak w przypadku Smoleńska - wypadek komunikacyjny. I znów - nie umniejsza to mojego współczucia dla rodzin ofiar, ale jednak wymiar jest inny.

Zapewne związek z danym miejscem czy osobami/istotami generuje wielkość odczucia żalu, smutku, współczucia, gdy spotka je coś traumatycznego. Mnie jednak zawsze bardziej za gardło chwyta cierpienie tych bardziej bezbronnych. Dlatego podobnie jak Morrissey, jestem uwrażliwiony na los zwierząt, na ich prawa. Nie jestem miłośnikiem zwierząt - że wykorzystam tezę Petera Singera - chcę tylko ograniczyć jak najbardziej niepotrzebne cierpienie wszystkich istot.

W czerwcu członkowie Animal Liberation Front zostali aresztowani i postawieni przed sąd, pod zarzutem uwalniania zwierząt z ferm hodowlanych. Nie przeczę, że jest to bardzo prosto wytłumaczalne. Działali wbrew prawu. Wg. wymiaru sprawiedliwości zniszczyli mienie innego obywatela. Ale od razu w głowie powstaje analogia do dawniejszych czasów. Czyż za ukrywanie Żydów w czasie II Wojny Światowej nie groziła śmierć. Takie prawo ustalili wszak hitlerowcy. Albo czy za ukrywanie zbiegłych niewolników w Stanach Zjednoczonych w XIX wieku nie groził sąd? Wcale nie stawiam znaku równości między tymi przykładami rządów i praw. Dostrzegam tylko pewne zmiany, jakie zaszły od czasów niewolnictwa i szalejącego faszyzmu. Zmiany w systemie etycznym. W sposobie postrzegania i wartościowania Istnień - bez względu na kolor skóry, wyznanie, gatunek.

Niemniej w swoim uwrażliwieniu na zwierzęta łapię się na kilku niekonsekwencjach. Po pierwsze, mimo że jak Morrissey nie widzę różnicy między zabiciem człowieka, a zwierzęcia, to jednak raczej znacznie by mi było trudniej zaakceptować towarzystwo (nie mówiąc o przyjaźni) kogoś, kto codziennie zabija ludzi, niż kogoś kto codziennie zabija (=zjada) zwierzęta. Czasem mam ogromną ochotę wypisać się z mojego gatunku, zwyczajnie wstyd mi, że jestem przedstawicielem najbardziej okrutnego i niszczycielskiego rodzaju, jakim jest człowiek, a jednak siadam przy stole z mięsożercami, rozmawiam z nimi, śmieję się, nawet gdy jedzą przy mnie mięso. Nie, nie mam wyrozumiałości mojej Przyjaciółki Paci, i nie myślę, że po prostu ludzkość jeszcze nie okrzepła w myśli wegetariańskiej lub wegańskiej, że wciąż jest to abstrakt. W ogóle o tym nie myślę. Może to taki immunologiczny system, który chroni mnie przed zupełną alienacją. A może myśl, że radykalne ruchy i sądy nie są dobrą strategią promowania idei ekologicznych. Że rdykalizm raczej odstrasza niż zaciekawia. Że ludzie muszą się oswajać, sami dojść do pewnych wniosków. Wszak sam kiedyś jadłem mięso. I choć znałem wegetarian i ich argumenty, to jednak dopóki sam nie przepracowałem w głowie tego tematu, byłem niewzruszony. Minie niedługo 10 lat odkąd nie jem zwierząt. To była jedna myśl o poranku: "nie jestem w stanie zabić żadnego zwierzęcia, więc nie będę się nikim wyręczał." Potem dopiero przyszły refleksje, że zmniejszyłem swój ekologiczny odcisk stopy (ślad ekologiczny), czyli w skrócie, że mniej niszczę planetę, a dopiero na końcu, że ma to spore korzyści zdrowotne. Teraz mam duże ciągoty wegańskie. Ale mimo że rozumiem, popieram i czuję, to jednak jest jakaś blokada. Albo blokady. Jedna z tych blokad nazywa się "czekolada", którą uwielbiam. Czyli komfort, przyjemność... (=przestrzeń życiowa).

Może takie zatory w głowie pojawiają się zawsze, kiedy coś staje w poprzek naszemu dotychczasowemu sposobowi rozumowania. Łatwo to wskazać u innych. Ot, choćby tych, którzy w komentarzach pod artykułem o Morrisseyu wyzywają go od "debili" i "zielonych przygłupów". Nikt nie próbuje polemizować. Znacznie trudniej znaleźć w sobie takie ciasnoty mózgowe. Dlatego staram się być czujny i kiedy pojawia się w mojej głowie agresja wobec czegoś/kogoś, to próbuję reagować inaczej. Albo przesiedzieć z tym wrażeniem trochę, by dowiedzieć się, co mi zazgrzytało.

A kończąc już te moje chaotyczne poranne dumania, zastanawiam się, skąd takie oburzenie i tupanie na koncertową zapowiedź utworu (wcale zresztą nie nowego, bo z drugiej połowy lat 80.) rockowo-alternatywnego zespołu The Smiths, którego sam tytuł "Meat is Murder", a już na pewno tekst nie zostawia żadnych złudzeń, co do wartości, jakim hołduje autor.


P.S. Morrissay wydał oświadczenie w sprawie swojej wypowiedzi, które znalazłem już po opublikowaniu powższego posta. Chyba więc dobrze go zrozumiałem:


MORRISSEY STATEMENT

The recent killings in Norway were horrific. As usual in such cases, the media give the killer exactly what he wants: worldwide fame. We aren't told the names of the people who were killed - almost as if they are not considered to be important enough, yet the media frenzy to turn the killer into a Jack The Ripper star is .... repulsive. He should be un-named, not photographed, and quietly led away.
The comment I made onstage at Warsaw could be further explained this way: Millions of beings are routinely murdered every single day in order to fund profits for McDonalds and KFCruelty, but because these murders are protected by laws, we are asked to feel indifferent about the killings, and to not even dare question them.
If you quite rightly feel horrified at the Norway killings, then it surely naturally follows that you feel horror at the murder of ANY innocent being. You cannot ignore animal suffering simply because animals "are not us."

środa, 13 lipca 2011

Kurraaaa!






- Du warte hir. Dan bode und cige und dan wir mache pauze. – mówi Saliun (nie mam pojęcia jak to zapisać) i leci po plecako-odkurzacz. W tym czasie drugi Turek, od 15 lat mieszkający w Szwajcarii, którego imię brzmi germańsko-kompozytorsko, bo Johann (chyba, że to się jakoś inaczej pisze), pokazuje mi na podłodze wagonu restauracyjnego rzygowiny. Myślę sobie: „Cholera to będzie moja działka”, a on poklepując mnie po ramieniu kleci po niemiecku zdanie o tym, że my za kilka dni, jak tylko będziemy mieli wolne, to też sobie porzygamy. Uśmiecham się potakująco, choć wcale nie mam ochoty porzygać sobie jak będę miał wolne. Teraz mi się nieco zbiera. Niemniej staram się nie dać po sobie poznać. Nagle rozlega się wrzask: Kuuraaaaaaaaaaaaa! Johann odpowiada jeszcze głośniej Kurraaaaaaaaaaaa!!! To wraca Saliun. Daje mi odkurzacz, więc oddycham z ulgą i idę sobie poszurać po wagonach pierwszej klasy, a szef naszej "kury", czyli po turecku „drużyny” (tak mi powiedzieli, ale tłumacz googlowski, nie potwierdza tego), zaczyna sprzątać rzygowiny z patologicznym ze względu na moment uśmiechem i pewnie myśli sobie już o wolnych dniach i cyrkulacji pokarmowej.

Oszczędzają mnie chłopaki. Moim zadaniem jest odkurzanie, czasem zamiatanie i opróżnianie śmietników. No i wynoszenie worków ze śmieciami pod wiaty, skąd śmieci zabierane przez jakieś pojazdy widmo, bom nigdy ich nie widział, a wiaty co kilka godzin pustoszeją. Lecz ani Saliun ani Johann nie myślą, że mnie oszczędzają, bo robię jedną z najbardziej ekstremalnych czynności. Ekstremalnych w rozumieniu Saliuna i Johanna. Chodzi o wynoszenie worków pod wiatę. Bowiem w tych wiatach pojawiają się przerażające stwory. Szczury! A te szczury uciekają zanim zdążę podejść. Choćbym próbował się skradać i podchodzić od drugiej strony, by im zdjęcie zrobić albo pogadać po polsku, to zwiewają. Wracam nazad do pociągu i widzę przerażenie w oczach kolegów. Po chwili pada pytanie: „I co? Były?”. Mówię, że tak, ale tylko kilka, może kilkanaście. Oni wówczas kręcą głowami i mówią coś po turecku. Brzmi to jak: „Pojebany, nie?”.

Pracujemy razem od poniedziałku (4 lipca). Johann ma 30 lat, a od 8 pracuje na pociągach. Pracę załatwił mu teściu. Saliun od 8 lat jest w Szwajcarii, a od dwóch na SBB, jak zowie się tutejsze PKP. Ponoć płacą najlepiej. Chociaż wciąż nie podpisał kontraktu. Zatrudniany jest przez biuro pracy. Jak ja. Czyli, jak mówi, okradany z dwóch franków za godzinę. Saliun pochodzi z miasta Konya. Ponoć większość emigrantów tureckich w Basel pochodzi właśnie Konyi. Wkrótce spodziewa się syna. O swoim ślubie wypowiada się zwięźle i ekonomicznie. Że ślub potrzebny do legalnego pobytu, ale jak nie będzie miał pracy, to nawet ślub mu nie pomoże. Żona jest oczywiście Turczynką, ale z paszportem szwajcarskim. Saliun jest bardziej szorstki. Mniej mówi. Johann bardziej wyluzowany i serdeczny. Obaj mocno podpadają pod stereotyp południowych facetów. Gadających o kolejnej „habibi” (turecki odpowiednik angielskiego „baby”), popisujących się siłą, puszących piórka kogucików, z nieodłącznymi i-phonami w ręku lub przy uchu. Szczególnie Johann. Chciał być modelem. Ćwiczy wciąż ‘body-building’, ale ma jedynie 164 cm wzrostu, więc nici z kariery top-modela. Ci przemęscy faceci potrafią się nagle rozczulić nad zdaniem, które jakaś dziewczyna napisała im na randkowym portalu. Obejmują się wtedy i pokazują sobie zdjęcia i smsy. Nie są wówczas już sprośni i kogucikowaci. Miękną. Chyba większość facetów na świecie jest podobna. Przynajmniej myśli podobnie, ale tzw. europejska mentalność nie wypowiada i nie okazuje tych myśli. Czasem mam im też przetłumaczyć moim pokracznym niemieckim, jak napisze im ktoś zdanie po angielsku. Przeważenie są to proste zdania, więc nie ma problemu.

No właśnie moja szkolna nauka niemieckiego zupełnie wystarcza. Ba! Rozpoznaję błędy gramatyczne moich współpracowników. Tako w pierwszym zdaniu tego blogowego wpisu specjalnie napisałem fonetycznie. Również permanentna pierwsza osoba liczby pojedynczej czasowników jest zgodna z ich mówieniem po niemiecku. Nie uznają deklinacji ani koniugacji. Nie mówią jednak bezokolicznikami, a do wszystkich osób i liczb przypasowują pierwszą osobę. A więc „wir warte”, „du gehe”, „er mache”. Jedyny czasownik, który się zmienia to „być”. Mianowicie używają formy czasu przeszłego „war”, oczywiście dla wszystkich osób. Żeby powiedzieć „ja poszedłem”, mówią: „ich war gehe” „my poszliśmy” - „wir war gehe” itd. Taka ciekawostka lingwistyczna. A może ma to jakieś przełożenie na gramatykę turecką? Może ktoś zna i się wypowie w komentarzu? Póki co nie wiadomo.

A zatem biegamy po peronach i po wagonach w pomarańczowych wdziankach i usztywnianych specjalnie botkach. Po co te botki? Na budowie w Szkocji też takie nosili, no ale na budowie to mogło cosik spaść, więc dla ochrony. Zaś na peronach to może ewentualnie pociąg na stopę najechać, no ale wtedy to chyba nie pomoże to usztywnienie… Sprzątamy burdel jaki zostawiają w pociągu pasażerowie. Gazety, butelki (zdziwiłem się, że plastikowe butelki nie są zwrotne w Szwajcarii), czasem trafi się kapelusz, okulary, a jak pada, to dzika obfitość parasoli. Kolekcjonuję też pisaki, długopisy i ołówki. Jeśli w takim tempie będę je znajdował, to może zrekompensuję sobie stratę tysiąca, które sam zgubiłem. Raz znalazłem też chustę. Taką turecką. Kobiecą. Więc dałem Johannowi, a on był w niebowzięty. Że to taka specjalna chusta, że droga, że będzie miał prezent. Zapytałem dla której habibi? A on zrobił poważną minę i powiedział, że dla „Żony”. Że te rozmowy i smsy to tylko taka zabawa. Składał starannie chustę i miał tak błogą minę jakby ponownie się w swojej żonie zakochał. Cudność.

Mamy też przerwę. Tak koło drugiej w nocy. Idziemy wtedy do kanciapy, gdzie mikrofalówka, automat z wodą, stoliki i ławki. Ja najczęściej zajmuję sobie ławkę w rogu i śpię aż mnie nie obudzą. Na początku się śmiali, że jak ja mogę w takich warunkach, na przykrótkiej ławce, w buciorach. No ale ja ponoć jako dziecię potrafiłem iść i spać, więc cóż to dla mnie. Ważne, że łeb zlegnie i już. Oni wtedy prowadzą swoje mówione i pisane randki. Potem mnie budzą i idziemy dokończyć robotę. Zwykle jest w ciągu nocy 8-9 pociągów. Różnakich. Krótkich, nieco dłuższych i najgorszych dwupiętrowych. W cholerę sprzątania. Na koniec pada święte słowo „fajrant” i idziom w domy. Ja mknę na seledynowo-różowym rowerze. 5 min i jestem w swojej dziupli. Jadąc myślę ino o poduszce, ale jak już jestem na miejscu, to idę wziąć prysznic, a potem jeszcze zajrzę do skrzynki jimejlowej. Niemniej staram się przymusić do spania, bo potem w nocy jest ciężko. Pierwsze dni ten sen był rwany, więc chodziłem jak zombi. Teraz udaje mi się pospać 5 h cięgiem rano, a potem dosypiam jeszcze przed wyjściem do pracy godzinę lub dwie. Tako to się toczy.

W Johannem i Saliunem pracuje jeszcze jeden człek. Luppi. Szwajcar z włoskojęzycznej części tegoż kraju. Od 15 lat mieszka jednak w Basel. Od 15 lat pracuje sprzątając pociągi. Sam mówi, że można od tego zwariować. I coś w tym jest. Luppi pracuje sam. Sprząta ubikacje. Sam chciał, bo za to są specjalne premie. Tako zabiera on swoją torbę i znika w pociągach. Nie przychodzi nawet na przerwę. Jak wychodzę to go nie ma też. Nie wiem czy już czy wciąż krąży po peronach. Czasem w nocy wynurzy się nagle z jakiegoś wagonu i warczy coś po włosku. Miesza ten włoski nieco z niemieckim. I znów znika kajś. Johann mówi, że Luppi tak ma. Że sam pracuje, że ciężko z nim się dogadać. Więc taki układ jest, że Luppi robi swoje, a robi dobrze, więc nikt się nie czepia. Luppi jest faktycznie nieco upośledzony. A może trawi go jakaś depresja dwubiegunowa. Jest niezbyt wysoki, około pięćdziesiątki, może trochę więcej, siwe włosy. Porusza nerwowo ustami zanim zacznie coś mówić i biega w okularach rowerowych między pociągami. Taki Schulzowski jest w swoim byciu. Przemykający. A całe to nocne miejsce ma coś z prozy Brunona Sch. Takie kontrasty biznes klasy i szczurów. Grają świerszcze, ale metalicznie, bo siedzą pod szynami kolejowymi. Wszędzie świecą się oczy lokomotyw. Niektóre jednookie - te stojące i dwuślepne, czyli te które właśnie ruszają. Widać czasem gwiazdy. I kilka księżyców. Jeden o zmiennym kształcie, a reszta zawsze w pełni. W pełni ze wskazówkami. Zaraz przy ziemi świecą się oczy sów sygnalizacji pociągowej. Czasem szczurów. No i długie śpiące krokodyle pociągów. Niektóre nawet lewitują we śnie. Niektóre biorą nocne kąpiele. Co rusz któryś zamruczy.

Teraz mam wolne. 3 dni. W miesiącu nie mogę mieć mniej niż 6 dni wolnego. Nie chciałem mieć też więcej, wszak przyjechałem zarobić. Stąd pracuję tylko na nocne zmiany, bo za noce płacą za godzinę kilka franków więcej . Tak i mi przydzielono. Ale ze względu na to będę zmieniał ekipy – kurryyyy! – bo etatowi pracownicy tylko raz w miesiącu mają tydzień nocek. Nie chcą mieć więcej. Zrozumiałe. Będę krążył. Pierwszą nockę 3 lipca pracowałem z Włochami. Takimi peronowymi weteranami. Więcej się kłócili i darli, powtarzając co rusz nazwisko Berlusconiego, niż pracowali. Salvatore – szef ekipy wyglądający dokładnie jak Danny de Vito, a drugi to Beno z Palermo. I faktycznie ma coś z takiej mafiozowej fizjonomii. Kieby Don Corleone roztacza serdeczno-groźną atmosferę, trochę opiekuńczą, a trochę świdrującą człeka na wylot. Być może w sierpniu znów ich spotkam. Tak jak Saliuna i Johanna.

Ot i, zamieniłem Krowinkowe pastwiska na pastwiska Pociągów. Nieco zwiększyły się gabaryty podopiecznych. Ale nie ma tego stresu, że któraś Łaciata Panna zachorowała albo cosik jej się w nogę wbiło. Tu jak "zachoruje" który „zwierz” to go odstawiają i naprawiają. Jasno, że brakuje tych Ślepiów rzęsiastych, tego zapachu Krowinkowej sierści na grzebiecie, leśnych pohukiwań. Niemniej już rok nazad miałem problem mentalny w Norge. Bowiem po dwóch sezonach zabrakło nagle 3 Krowinek. Przestały dawać odpowiednią ilość i jakość mleka, więc poszły pod nóż. Czułem się jak ostatni zbój, żeby powiedzieć do rymu, co mi się w głowie mówi. Przykładać rękę do tego biznesu jakoś ciężko. Niby próbowałem, by im było dobrze. Fałszowałem testy mleka, żeby nie zabrali którejś za szybko. Tako w sumie przez 9 miesięcy nie wywieźli mi żadnej Krowinki. Ale jak zabrakło mi Diablicy, Babci i Burzy w zeszłym roku, to miałem dość. Tako jestem w Szwajcarii. Sprzątam pociągi. Ekonomicznie lepiej to nawet wychodzi niż w Norge.

A robota jako opisałem. Nie jest źle. Nocne zmiany mają swój klimat. A okolice Basel cudne, samo miasto też wydaje się po 10 dniach bardzo sympatyczne do życia. Ale o tym innym razem.

niedziela, 10 lipca 2011

Smok


Poznaliśmy się w połowie listopada. Smok właśnie przeszedł operację wycięcia guza. Przy okazji, z żołądka wyciągnięto mu kilka plastikowych toreb. Przez ostatnie miesiące pożerał wszystko, co pachniało jedzeniem. Dawid i Edyta z Ekostraży, wracając z kolejnej sprawy przeciwko psiej umieralni w Pieszycach, dostrzegli czarnego stwora drepczącego przy drodze [tu link do zdjęć Smoka sprzed operacji i tuż po]. Miał głowę skręconą bólem i baniak na tylnej części grzbietu. Baniak nowotworowy. Uszy miał zupełnie zarośnięte wydzieliną. Do Wrocławia dojechał na kolanach Dawida. Wydawało się, że są to ostatnie dni Smoka, więc żeby zmniejszyć jego cierpienie należałoby mu pomóc umrzeć jak najszybciej. Na klinikach jednak stwierdzono, że stan psiaka jest fatalny, ale można mu pomóc i może pożyje jeszcze trochę. Tako zapadła szybka decyzja operowania. Po operacji przez kilka dni był jeszcze w kojcu na klinikach, dokąd wolontariusze Ekostraży, przychodzili go wyprowadzać. Też byłem kilka razy.

Pierwsza wizyta? Otworzyłem drzwi – cisza. Otworzyłem drzwi kojca – cisza. Smok (wówczas jeszcze Dragon) leżał rozpłaszczony na ziemi, głowę trzymając pomiędzy dwoma rozłożonymi szeroko łapami. Spał. Nic nie słyszał. Kucnąłem i wonczas nagle jego zaczerwienione ślepia zaczęły się przewracać. Zerwał się i był gotowy do wyjścia. Ileż przez następnych miesięcy było takich widoków, kiedy rano siadałem obok śpiącego Smoka i czekałem aż poczuje (usłyszeć nie mógł – bo jego uszy odbierały tylko bardzo głośne dźwięki np. trąbę australijską), aż poczuje moją obecność. Po czterech dniach od operacji przywiozłem go do domu. Na tzw. „tymczas”. Miał zostać 2 tygodnie, góra miesiąc. Został niemal do końca.


Daj łapę Smok, na szczęście łapę podaj,

Ja takiej łapy nie widziałem w życiu,

Na bezszelestną cichą noc w pogodę - chodź,

Poszczekamy razem przy księżycu,

Daj łapę Smok - na szczęście łapę podaj


[lekko sparafrazowany wiersz Sergiusza Jesienina "Psu Kaczałowa"]

Uczyliśmy się siebie. Bał się wkładania obroży i zapinania smyczy. Ale przeszło mu po jakichś dwóch miesiącach. Zresztą smycz i obroża nie były potrzebne, chodził zawsze w pół kroku za mną. Cudnie spokojny – myślałem, że to wyciszenie pooperacyjne, ale on taki był. Cierpliwy, niezwykle łagodny i rozumny. Akceptował wszystko i wszystkich. Miejsca, do których jeździliśmy, ludzi, zwierzęta… Choć zarówno ludzie jak zwierzęta zdawali się być przerażeni czarnym wilkiem. Więc patrzyli z niedowierzaniem jak nienachlany potwór zbliża się, podnosi głowę, patrzy głęboko w oczy i drepcze dalej. Bez upierdliwego napraszania o głaskanie czy uwagę. Taki buddyjski mnich nieznanego zakonu. Witał się z kaczkami w Parku Południowym, ale one odlatywały z wrzaskiem. Czasem lekko przyspieszał kroku, co z lekkim naciągnięciem można było uznać za bieg. A dreptał pokracznie bardzo. Takim troszkę rozchwianym defiladowym krokiem. Okazało się potem, że to jedna z oznak demencji, która zaczynała się już dobierać do smoczej głowy. Kolejnymi symptomami były utraty równowagi, nagłe zawieszenia i wpatrywania się w ścianę, łapanie paszczą niewidzialnych much. Doktor Radosław Toś z Kamieńca Wrocławskiego przepisał karsivan na polepszenie krążenia krwi w mózgu. Zadziałało. To nie jedyny raz, kiedy ten niesamowity lekarz weterynarii ratował nas. Ratuje też inne zwierzaki Ekostraży, zawsze przy okazji wygłaszając krótki wykład, co i jak. No, może nie zawsze krótki ;-) Ale zawsze ciekawy.

Smok podczas pobytu ze mną miał kilka zapaści. Infekcje, gorączki, pogłębianie demencji… Podwyższona temperatura ścinała go z nóg. Zwyrodnienia w tylnych stawach i kręgosłupie tylko pogłębiały stan bezsilności. Wówczas podstawiałem mu pod nos michę z wodą i jedzeniem. Czasem trzeba mu było podawać dłonią, żeby zjadł. W tych gorszych momentach wynosiłem go na dwór, podtrzymywałem go przy załatwianiu, a potem przynosiłem do domu spowrotem. Nie był w stanie sam chodzić po schodach. Ale potem dzięki lekom i samozaparciu siły wracały. I znów mknęliśmy do Parku.


Smok odwiedził ze mną dwa razy Kraków, był w Rzeszowie, Bieszczadach, a kilka razy w Rudawach. Podróże znosił spokojnie – jak wszystko zresztą – w bagażniku. Odwiedzaliśmy Rodziców i ich Koty, które po pierwszych chwilach nastroszonego-ogonowego przerażenia poznały, że Smok to cudak, a nie pies. Nie czując zagrożenia, wnet zaczęły obwąchiwać go, a czasem nawet spacerować po nim.

Lisica Freeda, która mieszkała z nami przez 2 miesiące też szybko poznała się na łagodności Smoka, który na wszystkie zaczepki psie, kocie i lisie odpowiadał stoickim spokojem. Gdy jakiś bojowy pies startował ni stąd ni zowąd z warczeniem i zębami na Smoka, ten spokojnie odchodził, jakby nigdy nic. Nie warczał gdy czyściłem mu bolące uszy – piskał tylko z cicha, nie unosił nawet gniewnie górnych warg, gdy robiłem mu zastrzyki. Tylko Lisicy udało się wnerwić Smoka. Przez pół dnia skakała po nim, rzucała mu piłkę, by zachęcić do zabawy, a Smok jak to Smok – spał. Wreszcze lisia osobowość nie wytrzymała i skubnęła psie ucho. Wówczas Smok wydał z siebie coś między szczeknięciem zdartego gardła i warknięciem. Bardziej to było żałosne niż agresywne. Niemniej zębami kłapną. Oczywiście Freeda już była daleko. A Smok wnet zapadł znów w swój głęboki sen. Lubił obserwować nowych domowników – tych dwu nożnych, tych ze skrzydłami i tych ze skorupą, tych mruczących i tych szczekających. Ale nie był upierdliwy, nie narzucał się. Patrzył przez jakiś czas z ciekawością, a potem bardzo szybko uznawał ich za część domowego pejzażu.

Kilka razy wydawało się, że to już koniec Smoka. W jamie brzusznej wykryto kolejne guzy m.in. w pachwinie – wielkości jabłka, duży w śledzionie, powiększona znacznie prostata. Najbardziej baliśmy się o śledzionę, bo to bardzo kruchy organ i nawet przy niepozornym kładzeniu się guz mógł pęknąć, powodując wylew wewnętrzny, a wówczas trzeba by było jak najszybciej pomóc Smokowi umrzeć, bo ratować by się już nie dało, a ból byłby ogromny. Operacja nie wchodziła w grę. Zbyt wiele tych guzów i guzków. Analiza tego pierwszego operowanego wykazała, że był to nowotwór złośliwy, więc istniało duże prawdopodobieństwo przerzutów. Poza tym Smok był już staruszkiem i nie wiadomo czy wybudziłby się z narkozy, czy jego serducho by wytrzymało. A nawet jeśli, to być może jego rekonwalescencja wymagałaby więcej czasu niż mu pozostało. Kolejny argument przeciwko operacji to demencja. To jednak zbyt duże obciążenie stresem. Po operacji Smok mógłby mieć zapaść i zupełnie stracić kontakt z rzeczywistością. Podjęliśmy więc decyzję, że Smok nie będzie już więcej operowany. Że będziemy próbowali wydłużyć mu na ile się da szczęśliwe dni, a kiedy zacznie cierpieć pomożemy mu umrzeć. Choć wolałem, by odszedł spokojniej.

„Wtedy pies podniósł głowę. Nigdy w życiu nie widziałem takiego wyrazu w twarzy psa. Jak gdyby się łagodnie uśmiechnął, przy czym obnażyły mu się tylne zęby. I była w tym uśmiechu niezmierzona rezygnacja i chęć powrotu do wewnętrznego spokoju. Jak gdyby powiedział: dajcie mi spokojnie umrzeć, śmierć jest tylko moją sprawą. I znowu ułożył głowę na przednich łapach.”

[J. Iwaszkiewicz, „Opowiadanie z psem” [w:] Tegoż, Opowiadania, tom V, s. 331.]


Już po 3 miesiącach powiedziałem, że nie ma sensu szukać mu domu. Został ze mną. Niemal do końca…

W połowie maja znów miał infekcję. Znów antybiotyki i noszenie na dwór. Ale nawet kiedy nie mógł sam wstać sygnalizował potrzebę wyjścia. Wtedy go znosiłem. Raz może dwa, zdarzyło mu się załatwić w domu. To była jednak moja wina. Za długą przerwę zrobiłem między jednym, a drugim spacerem.

Od tej połowy maja nie byliśmy już w Parku. Chodziliśmy pod blokiem, koło garaży. Byliśmy jeszcze na łąkach koło domu Rodziców w pewnym prowincjonalnym miedzianym mieście. Byliśmy też w Rudawach. Tam wygrzewał się na trawie w czerwcowym słońcu. Spałem z nosem w jego sierści. Cóż za zapach!


Przyszły też nieco lepsze dni, kiedy dreptał żwawiej. Niemniej z początkiem lipca musiałem wyjechać z kraju, by zarobić na kromkę ze szczypiorkiem. Zaczęły się nerwowe poszukiwania kogoś, kto będzie wiedział jak się obchodzić ze Smokiem. Kogoś odpowiedzialnego, ale i zdolnego do noszenia tego niemal trzydziesto kilogramowego ciałka. Zgłosili się cudni ludzie spod Wrocławia. Miron i Ela, którzy pomagają psiakom [tutaj psiaki Mirona i Eli, szukające opiekuna]. Szczególnie staruszkom, ale i młodsze się trafią – jak wyrzuceni z samochodu Wiesio i Lesio. Czy wyciągnięty z wnyków Jańcio, któremu to narzędzie debili, zatrzasnęło się w paszczy i na karku. Przeżył. Ma powiększone nieco usta, więc wypada mu jedzenie podczas posiłków, panicznie boi się smyczy, nawet jak widzi innego uwiązanego psa. Jańcio więc zostanie z Elą i Mironem, a dla Wiesia i Lesia szukamy domu.

Więc to tam, w podwrocławskiej wiosce, na uboczu, na ogromnym terenie z parterowym domkiem miał spędzić swoje wakacje Smok. We wrześniu zaś miałem go odebrać.

Smok zmarł. Tydzień po moim wyjeździe. Miał ataki epileptyczne. Zatem układ nerwowy. Demencja. Jadąc do Eli i Mirona ze Smokiem miałem przeczucie, że to nasze ostatnie wspólne chwile. Oczywiście jak dojechaliśmy na miejsce od razu wyczułem, że lepszych wakacji dla Smoka nie mógłbym wymyślić. Niemniej stałem wgapiony w człapiącego po obejściu Przyjaciela, który witał się z wesołą ferajną czworonogów, a w moich ślepiach się szkliło. A jak tylko wyjechałem za bramę fala taka nadciągnęła, że już nie byłem w stanie jej powstrzymać.

Potem codziennie kontaktowałem się, pytając o Smoka. Było raz lepiej raz gorzej – jak to ze Smokiem. Byłem spokojny. Wiedziałem, że jest w dobrych, czułych i doświadczonych rękach. Potem była cisza przez dwa dni. Bałem się pisać, dzwonić, pytać… Odebrałem wiadomość o śmierci Smoka w czwartek rano. Po owych atakach epileptycznych zapadł w sen. Nie obudził się już. Więc umarł tak jak chciałem. Bez usypiania. Pochowany został na cmentarzyku pod akacjami, gdzie inni Przyjaciele Mirona i Eli. Jak wrócę to tam pojadę.


[...]

No, chodź tu, chodź, jaki pobłysk wilczy
Czołga się ukradkiem w twoich ślepiach.
Gdyby moi przyjaciele umieli tak inteligentnie milczeć,

Toby było mi o wiele lepiej.
Idź już leżeć. Nie warto płakać.
W życiu gorsze udręki będą jeszcze.
Ja kochałem nie odkryte nasze szlaki
I zmierzwioną sierść pachnącą deszczem.

[Andrzej Bursa, "Pożegnanie psa"]





Wyrzucam sobie, że nie byłem obok, kiedy Przyjaciel umierał. Biję się z myślami, że może gdybym został… że może ta zmiana miejsca, mój brak, spowodowały emocje, które z kolei mocno wpłynęły na układ nerwowy. Nie dowiem się chyba już co by było gdyby. Teraz codziennie śni mi się, że on wcale nie umarł, że po tym jak zasnął - obudził się. Że jak zawsze podszedłem i kucnąłem obok leżącego pociesznie Smoka, a on nagle przewrócił oczami i zerwał się z machaniem ogona na mój widok, ziewnął, a potem poszliśmy do Parku.


Żegnaj Przyjacielu,

Twój rudzielec