Dlaczego blog?

A bo tako się zbierałem, żeby kajś dostrzeżenia umieszczać i opowieści. Coby znajomkowie mogli pooglądać i poczytać, kiedyśmy daleko od siebie i dzielenie się historiami znad herbaty lub wina niemożliwe jest.

środa, 27 sierpnia 2014

Kundel



Z wiernym Kundlem [niewtajemniczonym wyjaśnię, że "kundlem" zwie się potocznie czytnik do książek elektronicznych firmy Kindle] na peronie. Ale ostatnio mój Kundel przstaje być mile widziany na bazylejskim dworcu. Koledzy z pracy po tym, jak zaczytawszy się już kilka razy, przegapiłem pociąg, któremu miałem uzupełnić zasoby wodne lub oczyścić go z gazet, wnoszą o zakaz wprowadzania Kundli na teren dworca, jeśli jest się tegoż dworca pracownikiem. Porównują to do zakazu (swoją drogą łamanego niemal przez wszystkich) słuchania muzyki w czasie Arbeitu na torach. Tłumaczę im, że przecież czytanie, choć odcina czasem od rzeczywistości, to jednak w związku ze stacjonarnością tejże czynności, jest bezpieczne, wpadnięcie pod pociąg jest wręcz niemożliwe. No, chyba, że pociąg sam wpadłby na pasażerską część peronu, taranując ławkę, na której akurat przycupnąłem. Oni moje wywody puszczają mimo uszu i odnosząc się nie tyle do treści, co do meta-treści mojej wypowiedzi konstatują, że ja to pewnie przez to czytanie tak dziwnie myślę o wszystkim (trudno się nie zgodzić), a to dziwne myślenie nie tylko może być groźne dla mnie, ale i dla postronnych. Dlatego też postanowili zbierać dowody. Autorem dzisiejszego jest Valon, albański Macedończyk urodzony w Szwajcarii. 

Uwielbiam dekonstruować etos narodowy, podkreślając to tutejsze - nomen omen - skundlenie, ten tutejszy kulturowo-etniczny Mischung, który można by nazwać pograniczem, choć w tym wypadku słowo to nie jest trafne, ponieważ w Szwajcarii pogranicze nie jest peryferyjne, a konstytucyjne, powszechne, centralne... Pewnie, że powoduje także problemy, wywołuje czasem konflikty, boć się ludzie docierają do siebie nawzajem, nazywając się, choć najczęściej w sensie bardzo ciepłym - dziwakami, odmieńcami. W tym samym tonie i do mnie mówią, żartując z tymi dowodami i donosami. Na moje propozycje rekompensaty, że kolejny pociąg sam obsłużę w związku z przegapieniem poprzedniego i pozbawieniem grupy jednej pary rąk, reagują śmiechem i każą mi iść czytać. Bo tu "dziwactwo" czy po prostu "inność" zaczyna być normą. Cudność.

piątek, 15 sierpnia 2014

K


Wolny dzień. Słoneczko, chmurki. Może nad Ren, może na jakieś wzgórze albo takie sobie posiedzenie, poczytanie... Luźne plany. Jedna ino rzecz do załatwienia konkretniejsza. W zeszłym tygodniu bowiem, kiedy łaskawie przystałem na prośbę bazylejskiej dErekcji kolejowej, bym w związku z urlopami stałych pracowników poratował tutejszy dworzec główny i przepracował jeszcze jeden miesiąc na peronach, zostałem poinformowany, że powinienem w takim razie postrać się w odpowiednim (=kluczowe słowo!) urzędzie o pozwolenie, ponieważ zostając do końca września, przekroczę limit 90 dni, po których to jestem zobowiązany do zarejestrowania swojego robotniczego pobytu w Szwajcu. Jak psy Pawłowa na dźwięk dzwonka zaczynały toczyć ślinę z myślą o jedzeniu, tak ja na brzmienie słowa "urząd" zaczynam się pocić, przerzucając w głowie slajdy z odległymi numerkami, niekurczącymi się kolejkami, dupogodzinami w poczekalniach, kilometrami wychodzonych korytarzy i latami świetlnymi utraconego czasu, którego nie będę w stanie nigdy odszukać... Wiadomo, odruch bezwarunkowy wdrukowany przez polskie doświadczenia. Niemniej już po chwili powiew racjonalności, osusza pot, schładza rozpaloną głowę i ostudza krew: "Przecież jestem w Szwajcarii - świetnie zorganizowanym kraju, gdzie wszystko jest jasne, przystępne i nawet w urzędach uśmiechnięte."

Uspokojony tą świadomością ruszyłem rankiem w miasto. Nie gorąco, nie zimno. W sam raz na wędrówkę pozamiejską. Więc rach-ciach załatwię biurokratyczności i ruszam w lasy, łąki, sady, rzeki... Ot, dumałem, godzinka i po sprawie. Poszedłem najpierw odebrać odpowiednie dokumenty od pracodawcy, które dołożyłem do innych wcześniej skompletowanych papierzysk. Następnie zgodnie z instrukcją przełożonych skierowałem swe kroki do urzędu o długiej, jak to w języku niemieckim, nazwie, zakończonej słówkiem -amt. Tako też po jakichś 24 minutach w miło świecącym, a nie palącym słońcu, na pieszkę dotarłem do biura migracyjnego. A tam w okienku miła pani o iście migracyjnej, śniadocerej, sarniookiej, po prostu prześlicznej urodzie z uśmiechem poinformowała mnie, że nie jestem w odpowiednim miejscu, że takie sprawy to się załatwia w Einwohneramcie.

Niezbity z tropu i wciąż głęboko ufający w szwajcarski Ordnung wkroczyłem w wąskie uliczki Bazylki, nawet specjalnie się nie dziwiąc, że mój pracodawca mógł się pomylić. Każdemu wszak się zdarza. I już. Wtedy to zza rogu najpierw wyleciał potężny wietrzny podmuch, a zaraz za nim ulewa... Szybkom wyciągnął parasolkę (przezorny zawsze ubezpieczony), znalezioną podczas sprzątania wagonów  i dziarsko azymutowałem pod wiatr i strugi do drugiego -amtu. Po drodze w witrynie czekoladowego sklepu oprócz czekolady, wywołującej u mnie zapewne bardziej obfity niż u psów Pawłowa ślinotok, zobaczyłem własne odbicie. Mimo zaplucia wciąż byłem bardziej podobny do siebie niż do karalucha. Otarłszy paszczę z czekoladowego pożądania, wkroczyłem do dość szkaradnego z zewnątrz, ale w środku całkiem przyjaznego budynku Urzędu Miasta.

Pobrałem numerek i czekam. Okazało się, że mają przerwę. A co mi tam? Posiedzę sobie te pół godzinki i poczytam. Wierny Kundel w plecaku, jak zawsze zwarty i gotowy, tylko czekał by ruszyć w kolejny literkowy spacer, z którego jakiś czas później wyrwał mnie sygnał zapraszający do okienka kolejnego petenta. Jeszcze nie mnie wprawdzie, ale wkrótce i po mnie zadźwięczało w głośnikach, a mój numerek wyświetlił się na tablicy. Tym razem za biurkiem czekała na mnie nieco mniej urodziwa pani, ale także sympatycznie uśmiechnięta. Po moim przedstawieniu sprawy, powiedziała, że jej miło, że przyszedłem, ale to jednak nie jest miejsce, w którym mogę wystarać się o przedłużenie pracowniczego pobytu. Podała mi adres, wytłumaczyła jak dojść, więc poszedłem.

Słonko znów świeciło, ale mimo to moje myśli przestały być już tak jasne, jak na początku. I wtedy znów lunęło. Znów tak samo nagle, tyle że tym razem nie było wietrznego ostrzeżenia. Może dlatego, że przekraczałem Ren średniowiecznym Mittlere Brücke. Oba żywioły pojawiły się jednocześnie. Szybkim ruchem wyciągnąłem parasolkę wetkniętą w kieszeń plecaka, od razu naciskając guzik otwierający. Zazgrzytało, wydęłło i pół parasola klapło. Chroniąc się bardzo fragmentarycznie przed wodą z nieba pod pół furgającym - pół napiętym parasolem, dotarłem do urzędu, który w nazwie dla odmiany miał Amt na początku: Amt für Wirtschaft und Arbeit BS.

Tamże na środku okrągłej sali, otoczonej kilkunastoma parami dwuskrzydłowych drzwi, stała budka. W budce nie było nikogo. Migał tylko jakiś abstrakcyjny wygaszacz ekranu. Cisza. Aż tu nagle, po kilkunastu minutach, niczym deszcz i wiatr, wychynęła nie wiem skąd, bo wydawało mi się, że byłem w stanie ogarnąć wcześniej wzrokiem całe pomieszczenie owej budki, najmniej urodziwa z dzisiejszych mych spotkań pani. Nie uśmiechała się. Zamiast tego zaskrzeczała, że co ja, że gdzie ja, że po co, dlaczego i jak... Pośpiesznie odłożyłem na skraj lady (tak by kapało na podłogę) parasol i zacząłem wygrzebywać dokumenty, jednocześnie próbując wytłumaczyć sprawę, a ona-Frau na jeszcze bardziej uszojebnym skrzeku zapiszczała, że przecież tej sprawy nie mogę załatwić sam, że to pracodawca powinien zgłosić mailowo, a w ogóle to gdzie ja jej ten parasol mokry na ladę kładę... Pani-Frau nie mówiła po polsku, nabkoł napisy także były w języku Gothego, ale nagle poczułem się jak w ojczyźnie. Nie było jednak odpowiedniej atmosfery na nostalgiczności.

Wyszedłem i skierowałem swoje kroki do pierwszego z odwiedzonych dzisiaj miejsc. Ku chlebodawcom. Nie padało. Trochę jakby kropiło, ale było mi wszystko jedno. Do czasu. Bo znów lunęło. Wypracowanym ruchem sięgnąłem po mój zdezelowany, ale jednak nieco jeszcze spełniający swą funkcję parasol [funkcję założoną, a nie do-słowną, boć nie przed słońcem (=sol) ma chronić, a deszczem]. Poczułem jednak ino sflaczałą kieszeń plecaka. Parasol leżący na ladzie musiał się niechybnie zdematerializować pod wpływem wokalizacji pani-Frau urzędniczki. Przekraczając ponownie Ren, zacząłem się już nerwowo oglądać i przez strugi deszczu zmrużonymi ślepiami wypatrywać jakichś śledzących mnie, podejrzanych person. Dotarłszy do biura ciapnąłem czołem w zamknięte już drzwi. Odbiwszy się zobaczyłem się w szybie i do fizjonomii karaluszej nie miałem już tak daleko.

Piąteczek, kurwa... Chujom się śpieszyło na łikendzik, pierrdolony Wochenende, a ja, kurrrwa, muszę jutro zapierrrrdalać. Ba! Przez następne 9 dni będę zapierrrrdalał po peronach! Najpierw, kurrrrwa, dwie dzienne szychty, a potem siedem nocek... Dzisiaj miałem wolne. Zajebiste, kurrrrwa, wolne. Niech ich, kurrrrwa, sczyści, niech ich, do chuja pana, własna dupa pochłonie, niech sczezną w ten łikendzik troglodyty jebane w burakach... gówno, kurwa, chuj...

Wracałem do domu wcale nie myśląc już o wędrówce po wzgórzach czy nurzaniu się w rzece, mimo że świeciło słonko, a złote łby słoneczników kiwały się sielankowo na lekkim wietrze. Rozważałem tylko czy aby po drodze nie ma jakichś kamieniołomów, zaułków albo inszych miejsc, gdzie ktoś mógłby mi przekręcić dwa razy nożem w serduchu. Póki co - dycham, schowany w zabarykadowanym pokoju o zaciągniętych storach. 

Dzisiejszy wpis sponsoruje lierka "K". "K" jak Józef K.

piątek, 1 sierpnia 2014

Huk



Huk. Smród. Dym. Huk przede wszystkim. Od dwóch dni Szwajcaria sprzedaje fajerwerki, Szwajcarzy kupują i strzelają. Pieniędzy mają dużo, a jak się okazało za grosz... ekhem... za rapa (szwajcarski odpowiednik grosza) więcej pomyśunku niż ludzie w Polszy. Strzelają niemal bez przerwy. Okno mam zawarte, choć upał. Nie wiem już, co gorsze. Ot, i dzień narodowy Szwajcarii.

Wiedziony ciekawością, ale nieinstynktowną (instynkt krzyczał, by zostać i chyba został w domu) oraz poczuciem, że może jednak warto pouczestniczyć czasem w życiu społecznym, poszedłem na obchody. Brzegi i mosty reńskie oblepione tłumem ludzi, na Renie samym zaś statek, z którego przez godzinę w niebo waliło uszowstrętne i kolorowe badziestwo. Ja wciśnięty w tłum nie mogłem się ruszyć w żadną stronę. Stałem mrużąc oczy i marząc o mrużeniu uszu. Zastanawiałem się też, co takiego ludzie widzą w tych całych fajerwerkach. Pomiijam aspekt empatyczny do innych gatunków albo po prostu dla tych, którym te fajerwerki niemiłe. Wszak to huk, smród i dym. Jakie to wspólnotowe przeżywanie?

                    
A gdyby tak wszyscy siedli na tych mostach, ulicach, skwerach i pomilczeli choćby 8 minut. Nacichając miasto. Wciągając w płuca zapach lip, których nad Renem dzika obfitość. Wypatrując tańców nietoperzy wokół latarń albo ich ekwilibrystycznych ewolucji lotniczych tuż nad powierzchnią wody. Albo patrząc na siebie nawzajem, albo w gwiazdy czy gzymsy kamienic... Nie! Trzeba zagłuszyć myśli, zasłonić te fragmenty świata, które jeszcze nie są zhumanizowane - więc błysk i dym na gwiazdy, smród na zapachy pozamiejskie, a huk na te istoty, które się nieucywilizowały i na decybele reagują strachem, czasem śmiercią. 

Może te fajerwerki to substytut wojny, którą homo sapiens, jako nowotworowy gatunek ziemskiego ekosystemu, ma w genach, a którą wypiera pod presją tzw. kultury i cywilizacji. Oczywiście tylko do czasu, kiedy nie znajdzie się jakieś usprawiedliwienie dla prawdziwego postrzelania do siebie nawzajem albo "chociaż" jakichś inszych istot.

Szumny, dumny i durny humanizm.