niedziela, 20 lipca 2014

Zimy!


Straszliwa nocna upalność. Żar odbity od księżyca czy inna cholera. Polewanie się szlauchami do uzupełniania wody w pociągach schładza ciało, ale trzeba jeszcze ratować umysł, by nie wysublimował przez uszy. Znalazłem już kiedyś na to całkiem dobry sposób. Trzeba głośno zawodzić jakąś zimową pieśń. Mi pomaga inkurstowana bogato kolędami "Wigilia na Syberii" - Kaczmarowa ekfraza do obrazu Jacka Malczewskiego o tym samym tytule. Ballada Jarka Nohavicy "Potulni kejkliri" o wędrujących śnieżną polaną kuglarzach również daje radę... 

A w przerwach roboczych oglądałem zatrzymane w kadrach pejzaże z mojej styczniowej podróży za norweskie koło podbiegunowe, gdzie przy -42 stopniach bolały źrenice. 

Lecz w tym samym czasie, gdy ja hipnotyzowałem się bardzo północną i jeszcze bardziej mroźną bielą Finnmarku, Oender (Turek) pokazywał Alefowi (Libańczyk) i Benowi (Tunezyjczyk) zdjęcia z wycieczki na Kubę... Aaaaaaa...! Znów nie przynależę... ;) 

Zimy, zimy, ziiiiiiiiiimy... !!!



piątek, 18 lipca 2014

Mensch

1. Jakiś czas temu wiadomość, że jestem ateistą spowodowała wśród moich współpracowników peronowych (muzułmanów, katolików i prawosławnych) popłoch tylko trochę mniejszy niż nieco wcześniej zapodana informacja, że nie mam smartphona (moja Nokia ileś-tam-ileś zwana jest przez tychże samych współpracowników "alten Leute Handy", czyli komórką starych ludzi). Pomiędzy tymi dwoma konsternacjami można jeszcze wcisnąć moje wegactwo. Niemniej to właśnie moja bezbożność spowodowała podejrzliwe spojrzenia i stwierdzenie, że nie mogę być w takim razie "guete Mensch" ("dobrym człowiekiem" w szwajcarskim niemieckim).


2. Dzisiaj od tychże samych przekatolickich Włochów, uświęconych skrzętnie przestrzeganym teraz właśnie ramadanem Turków oraz od przyozdobionych wielkimi złotymi krzyżami na wyrzeźbionych i opalonych klatach Serbów, usłyszałem, że jestem także "dumme Mensch" ("głupim człowiekiem"). Znalazłem bowiem smartphona Samsunga jakiegoś-tam i nie chciałem go sobie wziąć (jak to jest tu w zwyczaju), lecz odniosłem do biura rzeczy znalezionych. Padła jeszcze okraszona obleśnym śmiechem uwaga, żebym dał go Michaelowi z Kenii, to on zawiezie dzieciom w Afryce... Wyszedłem, rzucając tylko przez ramię: "Vielleicht ich bin kein Mensch" ("Może ja nie jestem człowiekiem"). Pociąg wjeżdżający na peron pierwszy zagłuszył rechot dobiegający zza moich pleców.



środa, 4 czerwca 2014

Siedlisko

Kiedy się zasiedla nowe miejsce - choćby bardzo tymczasowo - reorganizuje się przestrzeń. Znaczy się ją swoimi rzeczami, zapachami, niedbałym i przypadkowym na pozór rozrzuceniem przedmiotów, które ma stwarzać wrażenie, że my już tu od dawna. To wrażenie, jak mi się zdaje, ma działać przede wszystkim na nas samych. Uspokoić. Pomóc oswoić zajmowane metry kwadratowe. Zamortyzować niekomfortowe chyba zawsze w pewnym stopniu doświadczanie zmiany.



Po uporządkowaniu tej przestrzeni, najczęściej na wzór i podobieństwo innych, wcześniej zasiedlanych przez siebie miejsc, zaczyna się przysiadać. To tu, to tam - z książką lub/i herbatą. Ale nie na długo. Chwila i zmiana. Coś nagle trzeba przemieścić, przesunąć, dosunąć. W międzyczasie rzut okiem za okno - drzewo, lipa, właściwie trzy pogmatwane gałęziami korony lip. Wychył przez parapet w lewo - cała alejka lipowa, dalej dachy domów, na horyzoncie grzebień lasu i pagórki. Wychył w prawo - strome zbocze, otulające dolinę Ergolz. Niżej pnące się w górę wąskie uliczki między domkami szwajcarskiego Füllinsdorf. Potem łąki, przechodzące w stożek lasu. Jasne szaro-srebrne pnie buków i jasna zieleń ich liści, lekko kontrastują z ciemniejszymi pniami i igłami sosen. 

Nie namyślając się długo, wrzucam w dużą kieszeń krótkich bojówek dwie marchewki i paczkę sezamków, a przez ramię przewieszam aparat. Idę zobaczyć, co jest za wzgórzem. Entuzjazm i brak uważności, sprawił, że zderzenie ze sterylną szwajcarską rzeczywistością okazało się bolesne. Czystość szyb przy wyjściu z budynku zmyliła mnie i jak w kiepskich komediach wyrżnąłem twarzą w szklane drzwi, które uznałem za otwarte. Z krawiącym lekko dziąsłem, ale wciąż z entuzjazmem, choć już nieco bardziej uważnie ruszam przed siebie. 



Najpierw mijam potok o skalistych brzegach, a dalej widzianymi wcześniej z okna uliczkami wdrapuję się po stromych schodach między budynkami. Oblane słońcem domy i przydomowe ogródki są tak wymuskane, że nie chce się o nich pisać, co by nie popaść w przesłodzone epitety, znane z opisów sielankowych pejzaży. Upał. Im wyżej tym węższe przejścia, kocie zaułki rozpoznawane bardziej nosem niż okiem. W ogródkach naoliwione, śpiące ciała ludzi. Obok nich, najbliżej jak się da, ale jednak w cieniu, rozleniwione psy. Nie szczekają, nie podnoszą nawet głów, kiedy idę wzdłuż ogrodzenia. W zwolnionym tempie i jakby od niechcenia strzygą uszami. Nie widzę tego, ale pewnie ich nosy poruszają się równie "energicznie". Odprowadzają mnie maślanymi ślepiami, lecz tylko do momentu, gdy zniknę z zasięgu ich peryferyjnego wzorku. Psy w Szwajcarii zapewne bardziej wyczulone są na zapach komórek rakowych, rozwijających się w ciałach ich ludzkich towarzyszy niż na znikome tutaj zagrożenie ze strony klasycznych intruzów.

Kończą się schody, a zaczyna żwirowo-piaskowa ścieżka. Mijam ostatnie domy i wchodzę na łąkę. Przecinam ją w najwęższym miejscu i jestem w lesie. Z licznych ścieżek oznaczonych drewnianymi znakami z wyrytymi w nich napisami: Altenberg, Eiselweg, Höhninweg, wybieram te idące pod górę. W końcu chcę zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu "germańskości" tego terenu. Miejscowi, mówiący wprawdzie w języku Goethego, nie byliby z takiego skojarzenia zadowoleni. Nie mam jednak niczego złego na myśli. Wręcz przeciwnie. Odnajduję tu analogię do sudeckich, a przede wszystkim rudawskich szlaków, przy których wciąż spotkać można poniemieckie oznaczenia. Tyle że ryte w kamieniu, a nie w drewnie.  Oczywiście piętno koczowniczych Słowian zdążyło się odcisnąć na wyglądzie uporządkowanych ścieżek spacerowych. Skradziono lub zniszczono niemieckie tropy kulturowe. Niszczy się też ekosystem. Barbarzyńska gospodarka leśna tnie w pień bukowe lasy, jakby ci, którzy nią zarządzają nie odrobili karpackiej lekcji, kiedy to wyrżnięte z drzew liściastych, a obsadzone świerkami wzgórza, przy większych wichurach stawały się cmentarzyskiem pni. Oczywiście winny szybko został wskazany. Bynajmniej i jak zwykle nie był to człowiek, a kornik drukarz, z którym podjęto bezwzględną walkę, podczas gdy jego aktywność eliminowała tylko słabszy, nieodpowiedni na te warunki drzewostan. 

Tu nie widzę przecinek. Na drzewach zaś wiszą budki lęgowe zrobione przez uczniów pobliskiej szkoły. W Szwajcarii zajęcia ze stolarki są obowiązkowe. Dla wszystkich, bez względu na płeć. Podobnie zresztą jak lekcje gotowania. Kilkadziesiąt lat temu funkcjonował jeszcze podział na zajęcia męskie i żeńskie, ale dzisiaj nikt o tym nie pamięta. Nikt nie dziwi się dziewczynce obsługującej frezarkę albo chłopcu z blenderem. Nikt nie tłumaczy tego teorią genderu ani nie wieszczy, że oto rozpada się dawny model społeczny, bo zwyczajnie takie zajęcia uznawane są tu za przydatne. Traktowane są też bardzo poważnie, a nie po macoszemu, jak niegdysiejsze zet-pe-te w Nadwiślańskim Imperium... 

Każda budka jest podpisana imieniem i nazwiskiem autora. Na niektórych jest całe zdanie: "Zrobione przez...". Rzadziej można spotkać finezyjny szyldzik "Hotel [i tu nazwisko wykonawcy-właściciela]". Ale nic się nie wyróżnia krzykliwie. Wszystko stonowane i wpasowane w krajobraz. Nawet przy ruinie zamku tablica informacyjna jest z boku. Nie zasłania widoku i nie dominują na niej nazwy sponsorów. Pod murem warowni, której historia sięga XI wieku krzak dzikiej róży. Idealny w swym kształcie i umiejscowieniu - zgodnie z prawidłami legend o jakimś nieszczęśliwie zakochanym, błędnym rycerzu, który sczezł pod murami, a na jego grobie zroszonym łzami, kapiącymi z koniecznie niebieskich ślepi rozmemłanej księżniczki zamkniętej (zapewne z powodów mezaliansowych) w wysokiej (spadające z wysokości łzy, musiały się rozbijać na doskonałe do ogrodniczej pielęgnacji zraszające bryzgi) wieży... ufff... [świadome posłużenie się Sienkiewiczowską frazą, inkrustowaną postmodernistycznymi wtrąceniami (styl palipsestowy)].   



No i jestem na wzgórzu. Za wzgórzem są kolejne wzgórza. Bardzo dobrze. Będzie, gdzie wędrować, by sprawdzać, co jest dalej. Teraz jednak trzeba już schodzić w dolinę Ergolz, bo w nocy zaczynam peronową szychtę. Znów wypieszczone uliczki oraz uśmiechnięci ludzie, pozdrawiają mnie, choć jestem tu pierwszy dzień, szwajcarskim Grüezi (w bazylejskim dialekcie zaspisuje się to jako Griezi - oba pochodzą zapewne od niemieckiego "pozdrowiać", czyli
grüßen).

W końcu jednak jeden dom przyciągnął moją uwagę na tyle, że sięgam po aparat. Jest to budynek w połowie rozbiórki. Przez rozbitą ścianę widać pokój z kaloryferem, ściany obnażają przeszłe warstwy farb, tapet, a także tynk, ze stropu wystają druciane wzmocnienia. W tym roku już dwa razy medytowałem z obiektywem w dłoni nad pornografią architektury. Raz w Szkocji przy rozbiórce wieżowca, a potem w dawnej bazie wojsk radzieckich w Pstrążu. Tym razem jednak kontrast z wycyzelowanym osiedlem szwajcarskich domków daje nieporównywalną intensywność. Rozpad, rozkład fascynują umysł barbarzyńcy. Widać, wbrew moim usilnym odżegnywaniom i dekonstrukcjom tożsamościowym, mocno tkwię w mentalności nadwiślańskich nomadów, azjatyckich najeźdzców.



Ta sama mentalność pchnęła mnie, by zobaczyć, co jest za wzgórzem. A mentalność ta osadza się na ciekawości. Przede wszystkim bowiem ciekawość pcha ludzi do eksploracji. Żadna tam chęć podboju, żaden głód czy lebensraum nie leży u podstaw penetrowania nieznanych terenów, a właśnie ciekawość. Dopiero po drodze pojawiają się pomysły na uzyskanie jakichś korzyści. Może to próba dorosłego zracjonalizowania, irracjonalnej, dziecięcej ciekawości. Ta próba okazuje się jednak również absurdem o uporządkowaniu, posiadaniu i przywłaszczeniu. Tymczasem obchodząc wzgórze leżące w granicach administracyjnych Szwajcarii, w zależności, po której stronie zbocza kroczę, otrzymuję sms-y witające mnie we Francji, Niemczech, a potem Szwajcarii. Taka współczesna wojna operatorów. Fantazmat granic, w które wpisujemy przyrodę - koniecznie ją unarodawiając. Nie czujemy, że mieszamy porządki i światy, mówimy: polskie/ niemieckie/ szwajcarskie góry, lasy, bociany (nie no, bociany są tylko polskie...).    

Sam w końcu, zajadając się czereśniami z dzikiego (mam nadzieję niczyjego już) sadu i patrząc ze wzgórza na Füllinsdorf, dostrzegłem trzy spożywcze dyskonty i zacząłem rozmyślać, jak się ma freegactwo w Szwajcarii. Zważywszy na tutejsze ceny byłoby to bardzo rozsądne, chyba, że ryzyko mandatu za wtargnięcie na świętą własność prywatną mogłoby skończyć się moją niewypłacalnością.



Dobrze mieć w pobliżu swojego domu takie zalesione wzgórze, żeby od czasu do czasu wdrapać się na nie i popatrzeć z góry nie tylko na to co jest dalej, ale spojrzeć z inszej perspektywy na ludzkie zamieszanie w dole, z którego się przyszło. Potem ze świadomością góry i pejzażu nikiforowych domków-pudełeczek, łatwiej się zdystansować do egzystencji w dolinach.

Tak przebiega proces mojego zasiedlania. Chętnie podążam za myślą Martina Heideggera[1], który dowodził, że współczesne niemieckie słowo "budować" (bauen) znaczyło kiedyś "mieszkać" (W języku polskim słowo „zadomowić” również ma etymologiczne powiązania z czasownikiem „budować”, ponieważ znaczenie „domu” wiąże się z członem „dem”, który pochodzi z sanskrytu i oznacza „budowanie”, „tworzenie”, jak choćby w słowie „demiurg”[2]). Niemniej "mieszkać", jak dowodzi niemiecki filozof, to także "otaczać opieką", a jeszcze wcześniej znacyzło po prostu być, czego szczątkową formę znaleźć można w niemieckiej odmianie tego czasownika, w pierwszej i drugiej osobie liczby pojedynczej (bin, bist). Również dzisiejsze niemieckie "mieszkać" (wohnen) Heidegger wyprowadził ze starosaksońskiego słowa wuon i gockiego wunian oznaczających „pozostawanie”, ale wunian to także „być spokojnym/ wprowadzonym w spokój”.

A więc i ja wprowadzam się w (s)pokój, otaczając opieką nowe miejsce, poznając je, znajdując analogię do miejsc znajomych, dobrze się kojarzących.




Appendix:

Kilka dni później szwędałem się po wzgórzach zamykających od południa dolinę Ergolz. Trzeba najpierw było minąć stację i przejść uliczkami uroczego Frenkendorf, w którym, gdyby nie przejeżdżające z rzadka auta, można by było pomyśleć, że czas zatrzymał się tu na początku XX wieku. Stara szkoła w cieniu potężnych kasztanowców, maleńki ryneczek z pobielonym kościołem i bajkowe domki w stonowanych kolorach z drewnianymi okiennicami. Strome i wąskie przejścia ustępują jednak nagle miejsca przestrzeni pofalowanych sadów. 
                           
Tu każdy może sobie wynająć niekoniecznie kwartał z owocowymi drzewami, ale jedno drzewo. Oparte o pnie złożone drabiny czekają aż najemca je rozstawi i da ulgę zgiętym do ziemi gałęziom, obciążonym kiściami bordowo-czarnych czereśni. Niemożebny zapach pobliskiego lasu, ziemi oddychającej deszczem, który spadł w nocy i owoców. Przede wszystkim owoców. Powietrze wydaje się aż lepkie od czereśniowej słodkości, kiedy kroczy się w kierunku okazałej skalnej ściany, skąd roztacza się widok na dolinę. A po drugiej stronie krajobraz już tak nie zachwyca. W dole miasto. Basel z wijącym się Renem.  

Odwracam się więc na pięcie i zbiegam błotnistą ścieżką w dolinę, przez pastwiska. Nogi niosą same, w skroniach "jak w klatce ptak, spłoszony puls"  aż przyśpieszony oddech zatrzymuje się zdławiony widokiem domu Mumików. Nie ma nikogo. Taczka oparta o ścianę, zatrzaśnięte okiennice, głaskane przez gałęzie tulącej się do ścian lipy, lekko podwinięty dach, długi komin wypoczywający po zimie i odwrotnie niż zimą nagrzany od zewnątrz słońcem. Obok domku poletko, a poniżej niewielki sad i potężna przestrzeń naobkoł. Gdyby tak można było zostać tu, zasnąć, napełniwszy wcześniej igliwiem brzuch... Ech...

                                              
                                              

 

                                                          







[1] M. Heidegger, Budować, mieszkać, myśleć, tłum. Krzysztof Michalski, w: Eseje wybrane, wyb. i oprac.
K. Michalski, tłum. Krzysztof Michalski i in., Warszawa 1977, s. 316-334.  
[2] Anna Legeżyńska, Dom i poetycka bezdomność w liryce współczesnej, PWN, Warszawa 1996, s. 46.

sobota, 10 maja 2014

Ersatz



Sobotnie przedpołudnie w Krakowie. W nocy padało, ale dzień zapowiadał się słonecznie. Lekki wiatr. Muzeum Etnograficzne, gdzie dzień wcześniej odbył się wernisaż wystawy Sławy Harasymowicz, zatytułowanej "Ersatz". Wróciłem tu dzisiaj, żeby na spokojnie i w bezludności raz jeszcze dać się zabrać w podróż. Rzecz o genealogii, płynności granic osobowościowych, ale i państwowych, o przenikaniach tożsamościowych, o białych plamach historii rodzinnej i powszechnej. Abstrakcyjne pejzaże map, fragmentów zdjęć. Przybliżanie i oddalanie od danej instalacji uwidacznia inne treści, inne znaczenia. Makrohistoria przenika się z mikrohistorią. "Ersatz" to bardzo osobista opowieść o mierzeniu się z przeszłością. Brak tu jednak odniesień dosłownych - nie ma zdjęć twarzy, nie ma podpisów. Każdy więc może zacząć snuć swoją historię, dopowiadać i tworzyć genealogię własną.

Opuszczam muzealne piwnice, mrużąc oczy w ostrym świetle południa. Myśli błądzą po zatrzymanych w pamięci kadrach. Pierwsze kroki po bruku ulicy Krakowskiej stawiane nieświadomie, jeszcze jakby poza czasem i konkretną przestrzenią. Może to Lwów? Wrocław, Stryj, Kraków, Woldenberg...? Z wolna zaczynają jednak docierać pierwsze dźwięki ulicy. Wizualizuje się też naokolna rzeczywistość. Coraz intensywniej. Kordony policji. Jakieś wrzaski. Skandowane hasła. Przejście w stronę rynku zostało zablokowane. Idzie czarno-biały marsz. Kątem oka, na placu Wolnica, dostrzegam grupkę osób z kolorowymi balonami. Czarno-biały marsz wrzeszczy w ich kierunku: "Idziemy po was pedały!".

Nie wiadomo skąd, wyrasta nagle przede mną wielka, czerwona, ogolona głowa z przekrwionymi oczami i krzyczy: "Zajebać ci, pedale!?". Nie zdążyłem zareagować, ale głowa tak szybko jak się pojawiła, tak szybko zniknęła, odprowadzana przez kilku policjantów. Czarno-biały marsz skręcił już w stronę placu Wolnica. Zaraz będzie można przejść. Policja też znika. Stoję jeszcze sparliżowany, gdy przez jezdnię biegną w moją stronę trzy ubrane na czarno dziewczyny o zakolczykowanych twarzach. Kiedy są już blisko wrzeszczą: "Wypierdalaj, naziolu!!!" i plują w moją stronę, po czym odbiegają. Ścieram ślinę z twarzy i ramienia.

Powoli odchodzę w stronę rynku. Niczego znów nie słyszę. Specjalnie mrużę oczy, by znów oderwać się od rzeczywistości, mając nadzieję, że to, co widziałem, czego doświadczyłem, to jakaś kiepska podróbka tej rzeczywistości, ersatz właśnie.

Nie ogarniam. Nie przynależę. Czy ktoś wie, jak można wypisać się z ludzkości? Mam dość.




piątek, 11 października 2013

Rykowisko albo pierwsza krew



Noc. Uśpiony wraz z całym miastem Münchensteiner Brücke w smużącym się mżawką świetle latarni. A po moście ktoś chodził, ktoś chodził jesienny. Wrześniowy poniedziałek. Pierwszy dzień pracy. Po drodze nie spotkałem, jak dwa lata temu, łasicy, a nietoperze nie dokonywały cudów lotniczej ekwilibrystyki tuż nad moją głową, gdy rozpędzony wynurzałem się z rowerowego tunelu. Może to kwestia pory roku? Wilk był jednak na miejscu. Wilk świecący halogenowymi ślepiami zza drzew, zgrzytający metalowymi zębami, wyjący przeraźliwym industrialem. Z mostu widać go już w pełnej okazałości. Bocznica manewrowa bazylejskich kolei zwana Wolfem. Tory po horyzont. Ponad – tylko Münchensteiner Brücke wiszący nad złowrogo pobłyskującymi szynami w ponurym milczeniu. Nie pamiętam, żebym kogoś mijał przejeżdżając przez ten most. Kogoś, kto by chodził od przęsła do przęsła. Do przęsła od przęsła. Od krawężnika do balustrady. Od przęsła do przęsła. Do przęsła od przęsła. Lewa noga. Prawa noga. Lewa noga. Może przyniósł tu wszystko, co miał i był, wciąż był. Nie wiem, nie widziałem, mrużąc oczy w mżawce, skupiony na drodze, zerkający tylko w stronę Wolfa. Więcej jednak wychwytywało ucho niż oko. Zgrzyt, pisk, świst, huk i kakofonia wrzasków. Jeszcze niezrozumiałych, ale z każdym metrem coraz wyraźniej formująca się w lingwistyczny, poziomy Babel: „Saluuuuuuut!”1, „Andiamo!”2, „Wo bisch, Gokan?!”3, „Emil cajne!”4 i nie rozpoznawalne przeze mnie, a najczęstsze – tureckie pokrzykiwania.


Pogranicze totalne. Ziemia niczyja, którą pochłania się nazywając na nowo, tworząc nową opowieść. Słowa różnych języków po jakimś czasie zaczynają być akceptowane przez wszystkich. Dlatego najczęściej słyszanym pozdrowieniem jest francuskie „salut”, a dzwonkiem na przerwę jest włoskie „mangiare”5. Ciekawe, że żadne tureckie słowo jeszcze się nie przyjęło. Może przyswajalność jest odwrotnie proporcjonalna do częstotliwości i mnogości występowania słów, a może to kwestia obcości, inności, poza-zachodnio-europejskości? Niemiecki na Wolfie jest cichy. Używany w rozmowach lub w kontakcie z centralą dworcową. Na samym dworcu jest inaczej – tam nie ma pokrzykiwań. Tam z megafonów płynie Hochdeutsch, czyli oficjalny niemiecki, bez miejscowych naleciałości dialektowych, tłumaczony wedle standardów na angielski i francuski. Bocznica kolejowa rządzi się jednak swoimi prawami i swoją emocjonalnością soczystych wyklinań: „vaffanculo”, „bastarde”, „verdammt”, „merde” i pewnie ich tureckimi odpowiednikami. To pogranicze wyrosło na poddatnym gruncie państwa, gdzie w różnych kantonach obowiązują różne języki (niemiecki, francuski, włoski i rumuński). Język nie jest więc tu wyznacznikiem narodowości, a sama kategoria narodowości jest znacznie bardziej liberalnie pojmowana. No, chyba że chodzi o konkretny kanton. Patriotyzm ma wymiar wybitnie regionalny.

Nie wiem czy to kwestia pierwszego dnia pracy po dwuletniej przerwie, ale w tę wrześniową noc wrzaski rozdzierały przestrzeń ze szczególną intensywnością. Brutalnie wręcz świdrowały powietrze, wdzierając się przez uszy pod czaszkę, która zdawała się drżeć jak membrana głośnika. Tylko czasem, na chwilę zagłuszane były piskiem rozpędzonej lokomotywy, przypominającej kształtem i brudnoczerwonym kolorem zużyte, zeschłe tampony, jakich akurat tego dnia także mo(/e)nstrualne ilości wyciągałem z pociągowych śmietników. Jakby nastąpiła synchronizacja cykli księżycowych kobiet w tej akurat rozciągłości geograficznej. Więc to może zapach krwi rozjuszył męskie instynkta na Wolfie? Wyczuwało się większą niż zwykle zawziętość rozmów, agresywniejsze i prowokujące gesty i intonacje. Ja byłem „junge” („młody”), w nomenklaturze jeleniej – cielak, więc niegroźny, niestwarzający zagrożenia, nie biorący udziału w ustawkach hierarchizujących stado, a ponadto tymczasowy.


Był, jak się wkrótce okazało, jeszcze jeden powód rykowiskowych starć. Być może najważniejszy, a na imię miał Esperanza, jedyna kobieta na bocznicy. Zanim ją zobaczyłem – najpierw usłyszałem. Grzmiący śmiech zdawał się głośniejszy niż trzaski zajeżdżających pociągów. Po chwili z mgły albo papierosowego dymu (ilość wypalanych papierosów przez Esperanze powoduje, że bez zmysłu powonienia trudno byłoby odgadnąć czy to ziemia mgłą oddycha czy to dym wydmuchiwany przez Esperanzę spowił okolicę) wynurzała się około pięćdziesięcioletnia, niska i krępa Angolka, o niezwykle głębokiej czerni skóry, która zdawała się absorbować przestrzeń niczym galaktyczna czarna dziura. W nocnym pejzażu błyskają przy każdym gromkim śmiechu jej złota biżuteria i białe zęby z dużymi przerwami („przerwa na papierosa” zyskuje tu także ortodontyczne znacznie). Z każdym wita się wylewnie i głośno zachrypniętym, mocnym głosem, kontrastującym z ciepłymi słowami i zdrobnieniami, jakimi określa każdą osobę już na początku (nigdy nie powiedziała do mnie „Alan”, zawsze „Ali”). Bywa, że nagle zaczyna z kimś tańczyć na torach albo bezceremonialnie siada na czyichś kolanach. Istna „Big Black Mama” (http://www.youtube.com/watch?v=M4tILEQ5dDM). Żywioł, którego potężna siła opiekuńczo-przyjazna ma także swój wymiar wściekle gwałtowny i miażdżący każdego, kto próbuje wykorzystać bezczelnie przychylność, kto posunie się o jeden niesmaczny gest za daleko. Wtedy drży ziemia od krzyku, a Esperanza dyszy ciężko dymem papierosowym. Kiedy do takiej sceny dochodzi w zamkniętym pomieszczeniu, np. w kantynie, to ewakuują się wszyscy w promieniu kilkudziesięciu metrów. Na miejscu zostaje sparaliżowany wrzaskiem delikwent, który poważył się nadużyć dobroci Esperanzy. Po pięciu minutach, jak po nagłej letniej burzy, „Big Black Mama” znów staje się słoneczna i przytula tego, którego przed chwilą niemal nie zabiła spojrzeniem i głosem.


Zaczęło padać mocniej. Naciągnęliśmy na głowy rozcięte z jednego brzegu czarne plastikowe worki, w które zbieramy pociągowe śmieci. Sami (Srilańczyk), Oeztürk (Turek), La Roccha (Włoch), Esperanza i ja. Wszyscy o ciemniejszej karnacji + ja – jeden białas z białym, niemieckim nazwiskiem. W trójkątnych czarnych czapach przechodzących w targane najmniejszym podmuchem wiatru peleryny wyglądamy jak murzyńska wersja „Ku Klux Klanu” z jednym potencjalnym autodestrukcjonistą w mojej osobie (Kilkanaście dni później od jednego z Turków usłyszę, że jak będę przystawał z czarnymi – akurat tak wyszło, że najczęściej rozmawiam z Michaelem z Kenii albo z Esperanzą – to sam stanę się czarny. Odpowiedziałbym najchętniej „Chwała Panu!”, ale że nie wiedziałem jak to powiedzieć po niemiecku, więc odparłem tylko, że się cieszę, bo lubię kolor czarny.) Staliśmy wpatrzeni w noc, w kierunku Münchensteiner Brücke, za którym był dworzec główny, skąd przyjeżdżały kolejne pociągi. Dziwnie długo spóźniały się teraz, co zdarza się tu niezwykle rzadko. Właściwie powinien zajechać już nawet kolejny. A tu cisza. Umilkły wrzaski. Nic nie jeździło. Nic nie mówiliśmy do siebie. W centrali nikt się nie zgłaszał. Czasem padł jakiś pomruk niezadowolenia, może przekleństwo. Czekamy. Mokniemy. Nagle monotonny poszum deszczu zagłusza telefon. Każą nam iść do lokalu, bo chwilowo nic nie będzie jechało. Ktoś rzucił się mostu pod jadący pociąg. I znów cisza. Nikt się nie poruszył, nie padł żaden komentarz. Zerknąłem w stronę mostu, nad którym dojrzałem drwiący skojarzeniem, dogasający neon „Lonza” na wieżowcu. Spuściłem wzrok, upewniwszy się wcześniej, że nikt nie zobaczył mojego ciekawskiego spojrzenia. Zaszurałem nogą. Błysnęły zapalniczki, a potem zatliły się papierosy. Powoli ruszyłem pod dach i mimowolnie wymruczałem za Bukowskim: after all the threats to do so / somebody else has committed suicide for me / at last. Następnego dnia jechałem do pracy już inną trasą. Było po prostu krócej.



1 francuskie „cześć”
2 włoskie „idźmy!”
3 szwajcarsko-niemieckie: „wo bist (w domyśle: „du”)?”, czyli „gdzie jesteś, Gokan?”
4 szwajcarsko-niemiecka wersja „Emil zehn”, czyli „Emil dziesięć”, czyli idolektowo-Wolfowe określenie numeru toru E10.
5 jeść

wtorek, 10 lipca 2012

Chałupa





- Odkąd przyjechałeś, ogień milczy. - Spojrzał na mnie niepewnie. - Zastanawia się.
- Nad czym?
- Duchy cię nie chcą. Myślą, kim jesteś i po co przyjechałeś.
- Skąd wiesz?
- Ogień zawsze ci wszystko powie, uprzedzi przed człowiekiem czy niedźwiedziem. 

[Andrzej Dybczak, "Guagara", Czarne, Wołowiec 2012, s. 18]


Godzinę drogi piechotą od wsi Bysterc w ukraińskich Karpatach stoi opuszczona chałupa. Za chałupą zarośnięty wychodek, resztki stodoły. Na drzwiach chałupy łańcuch i kłódka. Ganek z wybitą szybą. W środku izba kuchenna z pomalowanym na niebiesko piecem. W pokoju sypialnym stoi z kolei piec z wymalowanymi "oleniami", gołębiami, gałązkami, liśćmi, płatkami... Przy oknie szeroko otwartym na burze - stolik. Pod stolikiem metalowa miska, w której tkwi noga taboretu. Na parapecie introwertyczne lusterko. Odbija pogmatwaną wewnętrzność, zardzewiałą teraźniejszość, a znacznie mniej widzialną zewnętrzność.

W kuchni pod powałą święte obrazy. I monidło. Monochromatyczne ze starości, ale wciąż sparzone piekącą miłością. Duochromatycznym uczuciem. Kim byli? Kiedy odeszli? Może ktoś z tego domu nosił "moloko" Panu Vincenzowi, który mieszkał we wsi poniżej do września 1939 r.? Na ganku podbierak do zbierania jagód i borówek. Termometr bez rtęci. Na strychu huculska koszula, drewniana pękata beczka, w której można się schować przed gośćmi, buty pojedyncze, butelka po mołdawskim winie i "horiłce". Walizka z papierami. Rachunki, wyliczenia, wycinki z gazet, zaklęcia... Tak, zaklęcia. Spisane ręcznie na kilku stronach formatu A5. Ktoś te zaklęcia poprawiał czerwonym długopisem, jak w szkole.

Nocowaliśmy tylko kilkaset metrów w górę od tej chałupy w kolibie z dziurawym dachem i otwartym paleniskiem. Ale nie było nawet jednej sugestii, by przenieść się do tego niedalekiego domu z łóżkami i nieprzeciakającym sufitem. Tak jakby każdy czuł, że nie chcą nas tam, gdzie może tylko czasem zaglądają pasterze. Turyści raczej nie. Dom nie znajduje się na szlaku na grzbiet Czarnohory. Trzeba iść z Bystreca w przeciwnym kierunku. Myśmy trafili przypadkiem. Deszcze nas spłukały z drogi - starej turystycznej ścieżki wiodącej przez Wielką Maryszewską i Szpicę na czarnohorski płaj. W sam jego środek. 

Powolne chodzenie, rozglądanie się po mimo wszystko uporządkowanych (poza strychem) pomieszczeniach. Jak w tłumie ludzi. Uważność, by nie nadepnąć kogoś. Nie szturchnąć. Czułem się jednak trochę jak pierdołowaty turysta, który wszędzie musi zajrzeć, dotknąć, sfotografować. Ciekawość zwyciężała, choć starałem się wciąż pamiętać o szacunku dla tego domu, jego mieszkańców. Żywych i umarłych. Nie było trudno pamiętać. Czułem wzrok przynajmniej kilku par oczu na sobie. W jednych pomieszczeniach spędziłem więcej czasu, z innych wychodziłem szybciej, jak nieproszony gość, przeganiany nie tyle słowem czy gestem, co wzrokiem. Wziąłem tylko kilka stron zaklęć - nie wiedząc, że to zaklęcia. Zaniosłem znajomym, by przetłumaczyli. Zrobiłem fotografie i odniosłem. Należą do tego domu. Rucznik - haftowany w kwieciste wzory materiał, którym obwiązuje się dłonie ślubujących sobie w cerkwi miłość - zmemłany, leżący w kącie, wytrzepałem i zawiesiłem pod monidłem.  

Wróciłem do koliby. Siedzieliśmy nabkoł paleniska. Parowały przemoczone buty, koszule, skarpety. Dymił osmolony kociołek z "hreczką". Nikt nic nie mówił. Ogień też milczał. 

                                                          











Pod tym linkiem nieco więcej dostrzeżeń z karpackich szwendań: https://plus.google.com/photos/103836019869060616408/albums/5763213677786350305?authkey=COXXyrSvoKrRMQ

wtorek, 6 września 2011

Ren



Bo najwygodniej to mi się spało w rogach człapiącego Łosia. Dziwne jednak było to, że rogi owe były dosyć miękkie i pokryte delikatnym meszkowym włosiem, jak młode wyrastające dopiero poroże, a to było wielgachne. Arcyłosiowe. Mogłem się w nim wygodnie ułożyć. Czyli albo Łoś zgiganciał albo ja skrasnoludziałem. W każdym razie jakiej bym pozycji horyzontalnej nie przyjął, to zawsze mi było cudnie. Do tego to kołysanie idącego przez leśne knieje Łosia. Taki miałem sen. Sen o najbardziej niemożebnym ze snów. Wydawało mi się więc, że nic już lepszego być nie może. A na pewno nie po tej pierwszej stronie poduszki. Tymczasem znalazłem taki stan, a przynajmniej porównywalny. Właśnie tu. W Bazylce.


Uchachane i zapadające niesienie przez również kopytnego, ale nie Łosia, a Rena. Ino Ren to w postaci płynnej. Skroplony Ren. Inny więc od tych, które widziałem w Norge. A może to skroplenie zmeczenia biegnacych norweskich renów? Boć i szwajcarski to Ren. Bodaj tylko tu w Basel na tyle ufny i łaskawy, by nieść człowieków.
A ludzie z dziką przyjemnością, niewypowiedzianą, ba! niemożliwą do wykrzyczenia euforią dają się ponieść. W samym środku miasta, miasto zrzuca z siebie miejskość. Miejskość pakuje się w wieloryba. Pomarańczowego, zielonego, niebieskiego albo czerwonego. Ale najczęściej pomarańczowego. Nieprzemakalny wieloryb połyka spodnie w kant, spodnie z ćwiekami, spódnicę i sukienkę, bluzki, podkoszulki, komórki, czapki, okulary, buty na obcasie, mokasyny i glany, sandały i chodaki, skarpetki i pończochy. I ostaje sobie człek w samych majciochach, czasem w stroju kąpielowym ino, ale negliż to zawsze w mniejszym lub większym stopniu. Czasem zupełny. I tako powraca człek w prenatalność. Staje się człek pra-człekiem, embrionem, zygotą. Wchodzi w wodę i sunie. Nawet specjalnie nie musi ruszać kończynami. Ot, sobie leży. Medytacyjnie albo z dziką radością najchętniej wykrzykiwaną pod mijanymi mostami. To taki spełniony komunizm. Zrównanie dobrowolne i uśmiechnięte. I to tu. W tej poukładanej, lekko emocjonalnie wycofanej Szwajcarii - takie cudne wariactwo! Taki pierwotny chaos ciał i myśli w centrum precyzyjnego mechanizmu miejskiego Helvetii.
W tym reńskim uniesieniu (dosłownie i w przenośni) – jest cała Basel. Przyrodniczo, społecznie, terapeutycznie, historycznie … Tak, tak – historycznie też. Bo czyż zapatrzywszy się w niebo podczas płynięcia tak trudno sobie wyobrazić, że płyniemy nie w 2011 roku, ale w 1908 albo 1754, ba! 885? Można dodać do dat też dowolnie literki „n.e.” lub „p.n.e”. Wszak ta rzeka tu płynęła i wtedy. Wiem, wiem, Tomek – mój Przyjaciel – pokazywał mi kiedyś mapę, którą stworzył, jak zmieniało się koryto Odry od czasów dawnych do dzisiaj na terenie dzisiejszego Wrocławia. Tak naturalnie, jak i ludzką ręką albo łopatą. Ale jednak, te odchylenia jakie by nie były zawsze meandrowały raczej bliżej niż dalej, a i nakładały się w kilku miejscach z dzisiejszym nurtem. Tako z wodą chlupoczącą w uszach, zagłuszającą np. przejeżdżający mostem tramwaj, i z lekko otwartym ślepiem, zmrużonym w takim stopniu, by uzyskać obraz onirycznych zamgleń ukrywających szczegóły ludzkich strojów i innych szczegółów mogących sugerować epokę – przenosimy się w czasie. Wpływamy w średniowieczną Basel. Przepływamy pod katedrą stojącą przy Münsterplatz i pod najstarszym mostem, który spowodował rozwój miasta, bowiem była to jedyna droga łącząca Italię z północnymi krainami. Kolejny most był zbyt daleko, więc płacono wiele, by się przedostać właśnie nim. Oczywiście zaraz się konkurencja obudziła i w niewielkiej odległości od mostu powstały przeprawy na długich łodziach przeciąganych na linie. Niegdyś za ciąg odpowiadała siła mięśni, dziś siła silnika. Miasto utrzymuje więc do teraz trzy drewniane łodzie, wyglądające na do połowy zadaszone gondole. Most z drewnianego przebudowano w kamienny. Ale w zmrużeniu ślepi to nie jest tak oczywiste, zresztą nurt przeważnie jest wartki, więc mosty mija się dość szybko. Swobodne położenie się na wodzie, bez dodatkowych ruchów, powoduje, że jesteśmy niesieni z prędkością dość żwawo biegnącego po lądzie człowieka. A można też zupełnie porzucić cywilizację z mostami, tramwajami, nawet z ludźmi. Zapatrzeć się w niebo z przelatującymi ptakami i wyobrazić, że właśnie wpływamy w puszczę, która tu wyrastała zanim ludzie zaczęli ją karczować. Gdzieś może tylko jakaś przycupnięta przy brzegu niewielka osada germańska lub celtycka przytłoczona przyrodą jak w filmach Herzoga. A my jak Aguirre przepływamy mimo. Ale nie jako „gniew boży” a jako „instynktowna euforia”. Szkoda tylko, że odgłosów puszczy nie da się posłyszeć. No, ale woda chlupotała wtedy pewnie tak samo czy to w pejzażach romantycznych malarzy XIX wieku, czy obrazach z kupcami z XVI wieku, które wiszą niedaleko od Renu w Kunstmuseum.
No ale po co iść do tych muzeów historycznych i artystycznych skoro niesieni możemy być za darmo przez płynny czas. Reńską maszynę podróży w przeszłość. Po co do muzeum przyrody? Żeby zobaczyć wypchane zwierzęta i ususzone rośliny? Może dla systematyków botanicznych jest to interesujące, ale dla amatorów po stokroć ciekawsze jest wypatrywanie przyrody z perspektywy rzecznej. Czasem to wręcz wydaje się, że się nie płynie, a leci razem z przemieszczającymi się niebem ptakami. Takie trzymanie się bliżej ptaków, według zalecenia pewnego muszyńskiego poety, bo – jak pisał – ludziom nie zawsze można wierzyć. Ale z ludźmi zanurzonymi w Ren dobrze się płynie. Nie są nachalni. Oczywiście są tacy bardziej medytujący i tacy obściskiwujący się i tacy euforyczni… I nie rozpoznasz, który właśnie wyszedł z kancelarii, który wrócił ze szpitalnego dyżuru, a który sprzątał pociąg. Wszyscy się do siebie uśmiechają. Niektórzy zagadują, a jestem pewien, że pewnie i zakochują w sobie. To dopiero – zakochać się w Renie. To znaczy w kimś, ale akurat płynąc Renem. Bo zakochać się w Renie zupełnie nie trudno. Od pierwszego zanurzenia – czysta miłość.
A teraz wyobraźcie sobie, że płynie się w nocy… To dopiero niemożebność! W pewien gorący czas zdarzało mi się płynąć pod gwiazdami. Wszystkie dzienne wrażenia potęgują się. Miasto już niemal uśpione. Cisza, więc i wyobraźnia gra w wyrazistszych tonacjach. Do tego tuż nad powierzchnią wody przelatują nietoperze. Jeśli się nie ruszać i zanurzyć głowę, tak by tylko oczy i nos wystawały, to można podziwiać podwozie latających myszy z odległości kilkudziesięciu centymetrów. Czasem można nawet kilkunastu.
Z perspektywy Renicznej, widać, czuć i słychać tę wypartą oczywistość, że cała kultura i cywilizacja ludzka, to tylko dziecię Natury. Dziecię wprawdzie wyrodne, czasem autystyczne w swoim braku empatii do Matki, a nierzadko patalogiczne w racjonalnie tłumaczonym i zbiorowo akceptowanym w matkobójstwie stosowanym, ale jednak wciąż dziecię. Wszystkie wytwory ludzkie, również te wiszące w muzeum sztuki, to przecież nic innego jak stroszenie kolorowych piórek, budowanie wymyślnych gniazd czy akrobacje godowych tańców. Wcale nie powinno być to odebrane jako deprecjonowanie kultury, ale jako odnalezienie miejsca, z którego wyszła, i w którym mimo licznych teorii oddzielających człowieka od innych zwierząt, wciąż tkwi. Gdyby było możliwe takie zaprzeczenie miejskości w innych miastach, to by może ludziom się oczy otwarły.
Marzy mi się takie płynięcie Odrą we Wrocławiu. Gdzieś od mostu Grunwaldzkiego przez Ostrów Tumski z wymuszonym ostatnim przystankiem przed tamą. Woda ponoć wcale nie jest taka brudna jak ją niektórzy chcą widzieć i czuć. Nie odbiega czystością od innych europejskich dużych rzek. Choćby od czystości Renu. Wiadomo, zaraz się krzyk podniesie o bezpieczeństwo. W Basel nie ma ratowników przy brzegu. Wiszą co kilkadziesiąt metrów koła ratunkowe. Rzeką płynął statki znacznie większe niż te we Wrocławiu. Dla pływających z wielorybami przeznaczony jest prawy margines rzeki. Dwa z pięciu przęseł mostu. I jakoś się da. Nie wątpię, że zdarzają się utonięcia. Ale czy na strzeżonych plażach się nie zdarzają?
Trzeba by było sprawdzić tylko jak wygląda nurt, gdzie by było najbezpieczniej, no i co na to prawo, a potem złożyć odpowiedni projekt w urzędzie miasta. Uderzyć do samego Dudkiewicza. Wszak to pierwszorzędna wizytówka miasta. Do tego zupełnie bezinteresowna. Zarobić mogą ewentualnie wytwórcy toreb-wielorybów, które można by przechrzcić np. na Bazyliszki jako wskazanie na pomysłodawcę, czyli Bazyleę. Nie tylko pływających uśmiecha możliwość płynięcia Renem. Owi płynący uśmiechają przechodzących mostami, którzy potrafią stać kilkadziesiąt minut wgapieni w przepływających. Machają, szerzą się szczerze albo po prostu patrzą. Sam nie raz tak się zapatrywałem. I wcale nie było to owe „drugie patrzenie”, „zapadanie się w leje”, „zapominanie się oczami”, jak to miał w dość doliniastym zwyczaju czynić pewien pisarz, który odwiedził niegdyś Wrocław i opisał owe „patrzenia”. Gdyby akurat pod mostem przepływali ludzie z wielorybami, to by pewnikiem nie skończył jak skończył i żadnych widzeń „lejowatych” by nie było. Cudnie by było, gdyby Wrocławianie zyskali możliwość nurzań, wszak problem z otwartymi kąpieliskami wraca każdego lata. A tu w centrum miasta, za darmo, można by się przepłynąć Odrą. Zrzucając całą miejskość i w uchachaniu dając się nieść rzece. To by była POTĘGA – jak pisał i mówił ten od lejowatości!
Póki co, wiem, że za Renem będę tęsknił najbardziej z całej poznanej szwajcarskiej rzeczywistości.
P.S. Gdyby jacyś chętni byli do urzeczywistnieniania projektu „Odra”, to koniecznie piszcie. Jam kiepski organizator i zarządca ludzkimi zbiorowościami, ale może się jakoś tak kolektywnie uda. Spontanicznie!

A tu Bracholek i ja, niesieni Renem.