piątek, 15 sierpnia 2014

K


Wolny dzień. Słoneczko, chmurki. Może nad Ren, może na jakieś wzgórze albo takie sobie posiedzenie, poczytanie... Luźne plany. Jedna ino rzecz do załatwienia konkretniejsza. W zeszłym tygodniu bowiem, kiedy łaskawie przystałem na prośbę bazylejskiej dErekcji kolejowej, bym w związku z urlopami stałych pracowników poratował tutejszy dworzec główny i przepracował jeszcze jeden miesiąc na peronach, zostałem poinformowany, że powinienem w takim razie postrać się w odpowiednim (=kluczowe słowo!) urzędzie o pozwolenie, ponieważ zostając do końca września, przekroczę limit 90 dni, po których to jestem zobowiązany do zarejestrowania swojego robotniczego pobytu w Szwajcu. Jak psy Pawłowa na dźwięk dzwonka zaczynały toczyć ślinę z myślą o jedzeniu, tak ja na brzmienie słowa "urząd" zaczynam się pocić, przerzucając w głowie slajdy z odległymi numerkami, niekurczącymi się kolejkami, dupogodzinami w poczekalniach, kilometrami wychodzonych korytarzy i latami świetlnymi utraconego czasu, którego nie będę w stanie nigdy odszukać... Wiadomo, odruch bezwarunkowy wdrukowany przez polskie doświadczenia. Niemniej już po chwili powiew racjonalności, osusza pot, schładza rozpaloną głowę i ostudza krew: "Przecież jestem w Szwajcarii - świetnie zorganizowanym kraju, gdzie wszystko jest jasne, przystępne i nawet w urzędach uśmiechnięte."

Uspokojony tą świadomością ruszyłem rankiem w miasto. Nie gorąco, nie zimno. W sam raz na wędrówkę pozamiejską. Więc rach-ciach załatwię biurokratyczności i ruszam w lasy, łąki, sady, rzeki... Ot, dumałem, godzinka i po sprawie. Poszedłem najpierw odebrać odpowiednie dokumenty od pracodawcy, które dołożyłem do innych wcześniej skompletowanych papierzysk. Następnie zgodnie z instrukcją przełożonych skierowałem swe kroki do urzędu o długiej, jak to w języku niemieckim, nazwie, zakończonej słówkiem -amt. Tako też po jakichś 24 minutach w miło świecącym, a nie palącym słońcu, na pieszkę dotarłem do biura migracyjnego. A tam w okienku miła pani o iście migracyjnej, śniadocerej, sarniookiej, po prostu prześlicznej urodzie z uśmiechem poinformowała mnie, że nie jestem w odpowiednim miejscu, że takie sprawy to się załatwia w Einwohneramcie.

Niezbity z tropu i wciąż głęboko ufający w szwajcarski Ordnung wkroczyłem w wąskie uliczki Bazylki, nawet specjalnie się nie dziwiąc, że mój pracodawca mógł się pomylić. Każdemu wszak się zdarza. I już. Wtedy to zza rogu najpierw wyleciał potężny wietrzny podmuch, a zaraz za nim ulewa... Szybkom wyciągnął parasolkę (przezorny zawsze ubezpieczony), znalezioną podczas sprzątania wagonów  i dziarsko azymutowałem pod wiatr i strugi do drugiego -amtu. Po drodze w witrynie czekoladowego sklepu oprócz czekolady, wywołującej u mnie zapewne bardziej obfity niż u psów Pawłowa ślinotok, zobaczyłem własne odbicie. Mimo zaplucia wciąż byłem bardziej podobny do siebie niż do karalucha. Otarłszy paszczę z czekoladowego pożądania, wkroczyłem do dość szkaradnego z zewnątrz, ale w środku całkiem przyjaznego budynku Urzędu Miasta.

Pobrałem numerek i czekam. Okazało się, że mają przerwę. A co mi tam? Posiedzę sobie te pół godzinki i poczytam. Wierny Kundel w plecaku, jak zawsze zwarty i gotowy, tylko czekał by ruszyć w kolejny literkowy spacer, z którego jakiś czas później wyrwał mnie sygnał zapraszający do okienka kolejnego petenta. Jeszcze nie mnie wprawdzie, ale wkrótce i po mnie zadźwięczało w głośnikach, a mój numerek wyświetlił się na tablicy. Tym razem za biurkiem czekała na mnie nieco mniej urodziwa pani, ale także sympatycznie uśmiechnięta. Po moim przedstawieniu sprawy, powiedziała, że jej miło, że przyszedłem, ale to jednak nie jest miejsce, w którym mogę wystarać się o przedłużenie pracowniczego pobytu. Podała mi adres, wytłumaczyła jak dojść, więc poszedłem.

Słonko znów świeciło, ale mimo to moje myśli przestały być już tak jasne, jak na początku. I wtedy znów lunęło. Znów tak samo nagle, tyle że tym razem nie było wietrznego ostrzeżenia. Może dlatego, że przekraczałem Ren średniowiecznym Mittlere Brücke. Oba żywioły pojawiły się jednocześnie. Szybkim ruchem wyciągnąłem parasolkę wetkniętą w kieszeń plecaka, od razu naciskając guzik otwierający. Zazgrzytało, wydęłło i pół parasola klapło. Chroniąc się bardzo fragmentarycznie przed wodą z nieba pod pół furgającym - pół napiętym parasolem, dotarłem do urzędu, który w nazwie dla odmiany miał Amt na początku: Amt für Wirtschaft und Arbeit BS.

Tamże na środku okrągłej sali, otoczonej kilkunastoma parami dwuskrzydłowych drzwi, stała budka. W budce nie było nikogo. Migał tylko jakiś abstrakcyjny wygaszacz ekranu. Cisza. Aż tu nagle, po kilkunastu minutach, niczym deszcz i wiatr, wychynęła nie wiem skąd, bo wydawało mi się, że byłem w stanie ogarnąć wcześniej wzrokiem całe pomieszczenie owej budki, najmniej urodziwa z dzisiejszych mych spotkań pani. Nie uśmiechała się. Zamiast tego zaskrzeczała, że co ja, że gdzie ja, że po co, dlaczego i jak... Pośpiesznie odłożyłem na skraj lady (tak by kapało na podłogę) parasol i zacząłem wygrzebywać dokumenty, jednocześnie próbując wytłumaczyć sprawę, a ona-Frau na jeszcze bardziej uszojebnym skrzeku zapiszczała, że przecież tej sprawy nie mogę załatwić sam, że to pracodawca powinien zgłosić mailowo, a w ogóle to gdzie ja jej ten parasol mokry na ladę kładę... Pani-Frau nie mówiła po polsku, nabkoł napisy także były w języku Gothego, ale nagle poczułem się jak w ojczyźnie. Nie było jednak odpowiedniej atmosfery na nostalgiczności.

Wyszedłem i skierowałem swoje kroki do pierwszego z odwiedzonych dzisiaj miejsc. Ku chlebodawcom. Nie padało. Trochę jakby kropiło, ale było mi wszystko jedno. Do czasu. Bo znów lunęło. Wypracowanym ruchem sięgnąłem po mój zdezelowany, ale jednak nieco jeszcze spełniający swą funkcję parasol [funkcję założoną, a nie do-słowną, boć nie przed słońcem (=sol) ma chronić, a deszczem]. Poczułem jednak ino sflaczałą kieszeń plecaka. Parasol leżący na ladzie musiał się niechybnie zdematerializować pod wpływem wokalizacji pani-Frau urzędniczki. Przekraczając ponownie Ren, zacząłem się już nerwowo oglądać i przez strugi deszczu zmrużonymi ślepiami wypatrywać jakichś śledzących mnie, podejrzanych person. Dotarłszy do biura ciapnąłem czołem w zamknięte już drzwi. Odbiwszy się zobaczyłem się w szybie i do fizjonomii karaluszej nie miałem już tak daleko.

Piąteczek, kurwa... Chujom się śpieszyło na łikendzik, pierrdolony Wochenende, a ja, kurrrwa, muszę jutro zapierrrrdalać. Ba! Przez następne 9 dni będę zapierrrrdalał po peronach! Najpierw, kurrrrwa, dwie dzienne szychty, a potem siedem nocek... Dzisiaj miałem wolne. Zajebiste, kurrrrwa, wolne. Niech ich, kurrrrwa, sczyści, niech ich, do chuja pana, własna dupa pochłonie, niech sczezną w ten łikendzik troglodyty jebane w burakach... gówno, kurwa, chuj...

Wracałem do domu wcale nie myśląc już o wędrówce po wzgórzach czy nurzaniu się w rzece, mimo że świeciło słonko, a złote łby słoneczników kiwały się sielankowo na lekkim wietrze. Rozważałem tylko czy aby po drodze nie ma jakichś kamieniołomów, zaułków albo inszych miejsc, gdzie ktoś mógłby mi przekręcić dwa razy nożem w serduchu. Póki co - dycham, schowany w zabarykadowanym pokoju o zaciągniętych storach. 

Dzisiejszy wpis sponsoruje lierka "K". "K" jak Józef K.

piątek, 1 sierpnia 2014

Huk



Huk. Smród. Dym. Huk przede wszystkim. Od dwóch dni Szwajcaria sprzedaje fajerwerki, Szwajcarzy kupują i strzelają. Pieniędzy mają dużo, a jak się okazało za grosz... ekhem... za rapa (szwajcarski odpowiednik grosza) więcej pomyśunku niż ludzie w Polszy. Strzelają niemal bez przerwy. Okno mam zawarte, choć upał. Nie wiem już, co gorsze. Ot, i dzień narodowy Szwajcarii.

Wiedziony ciekawością, ale nieinstynktowną (instynkt krzyczał, by zostać i chyba został w domu) oraz poczuciem, że może jednak warto pouczestniczyć czasem w życiu społecznym, poszedłem na obchody. Brzegi i mosty reńskie oblepione tłumem ludzi, na Renie samym zaś statek, z którego przez godzinę w niebo waliło uszowstrętne i kolorowe badziestwo. Ja wciśnięty w tłum nie mogłem się ruszyć w żadną stronę. Stałem mrużąc oczy i marząc o mrużeniu uszu. Zastanawiałem się też, co takiego ludzie widzą w tych całych fajerwerkach. Pomiijam aspekt empatyczny do innych gatunków albo po prostu dla tych, którym te fajerwerki niemiłe. Wszak to huk, smród i dym. Jakie to wspólnotowe przeżywanie?

                    
A gdyby tak wszyscy siedli na tych mostach, ulicach, skwerach i pomilczeli choćby 8 minut. Nacichając miasto. Wciągając w płuca zapach lip, których nad Renem dzika obfitość. Wypatrując tańców nietoperzy wokół latarń albo ich ekwilibrystycznych ewolucji lotniczych tuż nad powierzchnią wody. Albo patrząc na siebie nawzajem, albo w gwiazdy czy gzymsy kamienic... Nie! Trzeba zagłuszyć myśli, zasłonić te fragmenty świata, które jeszcze nie są zhumanizowane - więc błysk i dym na gwiazdy, smród na zapachy pozamiejskie, a huk na te istoty, które się nieucywilizowały i na decybele reagują strachem, czasem śmiercią. 

Może te fajerwerki to substytut wojny, którą homo sapiens, jako nowotworowy gatunek ziemskiego ekosystemu, ma w genach, a którą wypiera pod presją tzw. kultury i cywilizacji. Oczywiście tylko do czasu, kiedy nie znajdzie się jakieś usprawiedliwienie dla prawdziwego postrzelania do siebie nawzajem albo "chociaż" jakichś inszych istot.

Szumny, dumny i durny humanizm.

niedziela, 20 lipca 2014

Zimy!


Straszliwa nocna upalność. Żar odbity od księżyca czy inna cholera. Polewanie się szlauchami do uzupełniania wody w pociągach schładza ciało, ale trzeba jeszcze ratować umysł, by nie wysublimował przez uszy. Znalazłem już kiedyś na to całkiem dobry sposób. Trzeba głośno zawodzić jakąś zimową pieśń. Mi pomaga inkurstowana bogato kolędami "Wigilia na Syberii" - Kaczmarowa ekfraza do obrazu Jacka Malczewskiego o tym samym tytule. Ballada Jarka Nohavicy "Potulni kejkliri" o wędrujących śnieżną polaną kuglarzach również daje radę... 

A w przerwach roboczych oglądałem zatrzymane w kadrach pejzaże z mojej styczniowej podróży za norweskie koło podbiegunowe, gdzie przy -42 stopniach bolały źrenice. 

Lecz w tym samym czasie, gdy ja hipnotyzowałem się bardzo północną i jeszcze bardziej mroźną bielą Finnmarku, Oender (Turek) pokazywał Alefowi (Libańczyk) i Benowi (Tunezyjczyk) zdjęcia z wycieczki na Kubę... Aaaaaaa...! Znów nie przynależę... ;) 

Zimy, zimy, ziiiiiiiiiimy... !!!



piątek, 18 lipca 2014

Mensch

1. Jakiś czas temu wiadomość, że jestem ateistą spowodowała wśród moich współpracowników peronowych (muzułmanów, katolików i prawosławnych) popłoch tylko trochę mniejszy niż nieco wcześniej zapodana informacja, że nie mam smartphona (moja Nokia ileś-tam-ileś zwana jest przez tychże samych współpracowników "alten Leute Handy", czyli komórką starych ludzi). Pomiędzy tymi dwoma konsternacjami można jeszcze wcisnąć moje wegactwo. Niemniej to właśnie moja bezbożność spowodowała podejrzliwe spojrzenia i stwierdzenie, że nie mogę być w takim razie "guete Mensch" ("dobrym człowiekiem" w szwajcarskim niemieckim).


2. Dzisiaj od tychże samych przekatolickich Włochów, uświęconych skrzętnie przestrzeganym teraz właśnie ramadanem Turków oraz od przyozdobionych wielkimi złotymi krzyżami na wyrzeźbionych i opalonych klatach Serbów, usłyszałem, że jestem także "dumme Mensch" ("głupim człowiekiem"). Znalazłem bowiem smartphona Samsunga jakiegoś-tam i nie chciałem go sobie wziąć (jak to jest tu w zwyczaju), lecz odniosłem do biura rzeczy znalezionych. Padła jeszcze okraszona obleśnym śmiechem uwaga, żebym dał go Michaelowi z Kenii, to on zawiezie dzieciom w Afryce... Wyszedłem, rzucając tylko przez ramię: "Vielleicht ich bin kein Mensch" ("Może ja nie jestem człowiekiem"). Pociąg wjeżdżający na peron pierwszy zagłuszył rechot dobiegający zza moich pleców.



środa, 4 czerwca 2014

Siedlisko

Kiedy się zasiedla nowe miejsce - choćby bardzo tymczasowo - reorganizuje się przestrzeń. Znaczy się ją swoimi rzeczami, zapachami, niedbałym i przypadkowym na pozór rozrzuceniem przedmiotów, które ma stwarzać wrażenie, że my już tu od dawna. To wrażenie, jak mi się zdaje, ma działać przede wszystkim na nas samych. Uspokoić. Pomóc oswoić zajmowane metry kwadratowe. Zamortyzować niekomfortowe chyba zawsze w pewnym stopniu doświadczanie zmiany.



Po uporządkowaniu tej przestrzeni, najczęściej na wzór i podobieństwo innych, wcześniej zasiedlanych przez siebie miejsc, zaczyna się przysiadać. To tu, to tam - z książką lub/i herbatą. Ale nie na długo. Chwila i zmiana. Coś nagle trzeba przemieścić, przesunąć, dosunąć. W międzyczasie rzut okiem za okno - drzewo, lipa, właściwie trzy pogmatwane gałęziami korony lip. Wychył przez parapet w lewo - cała alejka lipowa, dalej dachy domów, na horyzoncie grzebień lasu i pagórki. Wychył w prawo - strome zbocze, otulające dolinę Ergolz. Niżej pnące się w górę wąskie uliczki między domkami szwajcarskiego Füllinsdorf. Potem łąki, przechodzące w stożek lasu. Jasne szaro-srebrne pnie buków i jasna zieleń ich liści, lekko kontrastują z ciemniejszymi pniami i igłami sosen. 

Nie namyślając się długo, wrzucam w dużą kieszeń krótkich bojówek dwie marchewki i paczkę sezamków, a przez ramię przewieszam aparat. Idę zobaczyć, co jest za wzgórzem. Entuzjazm i brak uważności, sprawił, że zderzenie ze sterylną szwajcarską rzeczywistością okazało się bolesne. Czystość szyb przy wyjściu z budynku zmyliła mnie i jak w kiepskich komediach wyrżnąłem twarzą w szklane drzwi, które uznałem za otwarte. Z krawiącym lekko dziąsłem, ale wciąż z entuzjazmem, choć już nieco bardziej uważnie ruszam przed siebie. 



Najpierw mijam potok o skalistych brzegach, a dalej widzianymi wcześniej z okna uliczkami wdrapuję się po stromych schodach między budynkami. Oblane słońcem domy i przydomowe ogródki są tak wymuskane, że nie chce się o nich pisać, co by nie popaść w przesłodzone epitety, znane z opisów sielankowych pejzaży. Upał. Im wyżej tym węższe przejścia, kocie zaułki rozpoznawane bardziej nosem niż okiem. W ogródkach naoliwione, śpiące ciała ludzi. Obok nich, najbliżej jak się da, ale jednak w cieniu, rozleniwione psy. Nie szczekają, nie podnoszą nawet głów, kiedy idę wzdłuż ogrodzenia. W zwolnionym tempie i jakby od niechcenia strzygą uszami. Nie widzę tego, ale pewnie ich nosy poruszają się równie "energicznie". Odprowadzają mnie maślanymi ślepiami, lecz tylko do momentu, gdy zniknę z zasięgu ich peryferyjnego wzorku. Psy w Szwajcarii zapewne bardziej wyczulone są na zapach komórek rakowych, rozwijających się w ciałach ich ludzkich towarzyszy niż na znikome tutaj zagrożenie ze strony klasycznych intruzów.

Kończą się schody, a zaczyna żwirowo-piaskowa ścieżka. Mijam ostatnie domy i wchodzę na łąkę. Przecinam ją w najwęższym miejscu i jestem w lesie. Z licznych ścieżek oznaczonych drewnianymi znakami z wyrytymi w nich napisami: Altenberg, Eiselweg, Höhninweg, wybieram te idące pod górę. W końcu chcę zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu "germańskości" tego terenu. Miejscowi, mówiący wprawdzie w języku Goethego, nie byliby z takiego skojarzenia zadowoleni. Nie mam jednak niczego złego na myśli. Wręcz przeciwnie. Odnajduję tu analogię do sudeckich, a przede wszystkim rudawskich szlaków, przy których wciąż spotkać można poniemieckie oznaczenia. Tyle że ryte w kamieniu, a nie w drewnie.  Oczywiście piętno koczowniczych Słowian zdążyło się odcisnąć na wyglądzie uporządkowanych ścieżek spacerowych. Skradziono lub zniszczono niemieckie tropy kulturowe. Niszczy się też ekosystem. Barbarzyńska gospodarka leśna tnie w pień bukowe lasy, jakby ci, którzy nią zarządzają nie odrobili karpackiej lekcji, kiedy to wyrżnięte z drzew liściastych, a obsadzone świerkami wzgórza, przy większych wichurach stawały się cmentarzyskiem pni. Oczywiście winny szybko został wskazany. Bynajmniej i jak zwykle nie był to człowiek, a kornik drukarz, z którym podjęto bezwzględną walkę, podczas gdy jego aktywność eliminowała tylko słabszy, nieodpowiedni na te warunki drzewostan. 

Tu nie widzę przecinek. Na drzewach zaś wiszą budki lęgowe zrobione przez uczniów pobliskiej szkoły. W Szwajcarii zajęcia ze stolarki są obowiązkowe. Dla wszystkich, bez względu na płeć. Podobnie zresztą jak lekcje gotowania. Kilkadziesiąt lat temu funkcjonował jeszcze podział na zajęcia męskie i żeńskie, ale dzisiaj nikt o tym nie pamięta. Nikt nie dziwi się dziewczynce obsługującej frezarkę albo chłopcu z blenderem. Nikt nie tłumaczy tego teorią genderu ani nie wieszczy, że oto rozpada się dawny model społeczny, bo zwyczajnie takie zajęcia uznawane są tu za przydatne. Traktowane są też bardzo poważnie, a nie po macoszemu, jak niegdysiejsze zet-pe-te w Nadwiślańskim Imperium... 

Każda budka jest podpisana imieniem i nazwiskiem autora. Na niektórych jest całe zdanie: "Zrobione przez...". Rzadziej można spotkać finezyjny szyldzik "Hotel [i tu nazwisko wykonawcy-właściciela]". Ale nic się nie wyróżnia krzykliwie. Wszystko stonowane i wpasowane w krajobraz. Nawet przy ruinie zamku tablica informacyjna jest z boku. Nie zasłania widoku i nie dominują na niej nazwy sponsorów. Pod murem warowni, której historia sięga XI wieku krzak dzikiej róży. Idealny w swym kształcie i umiejscowieniu - zgodnie z prawidłami legend o jakimś nieszczęśliwie zakochanym, błędnym rycerzu, który sczezł pod murami, a na jego grobie zroszonym łzami, kapiącymi z koniecznie niebieskich ślepi rozmemłanej księżniczki zamkniętej (zapewne z powodów mezaliansowych) w wysokiej (spadające z wysokości łzy, musiały się rozbijać na doskonałe do ogrodniczej pielęgnacji zraszające bryzgi) wieży... ufff... [świadome posłużenie się Sienkiewiczowską frazą, inkrustowaną postmodernistycznymi wtrąceniami (styl palipsestowy)].   



No i jestem na wzgórzu. Za wzgórzem są kolejne wzgórza. Bardzo dobrze. Będzie, gdzie wędrować, by sprawdzać, co jest dalej. Teraz jednak trzeba już schodzić w dolinę Ergolz, bo w nocy zaczynam peronową szychtę. Znów wypieszczone uliczki oraz uśmiechnięci ludzie, pozdrawiają mnie, choć jestem tu pierwszy dzień, szwajcarskim Grüezi (w bazylejskim dialekcie zaspisuje się to jako Griezi - oba pochodzą zapewne od niemieckiego "pozdrowiać", czyli
grüßen).

W końcu jednak jeden dom przyciągnął moją uwagę na tyle, że sięgam po aparat. Jest to budynek w połowie rozbiórki. Przez rozbitą ścianę widać pokój z kaloryferem, ściany obnażają przeszłe warstwy farb, tapet, a także tynk, ze stropu wystają druciane wzmocnienia. W tym roku już dwa razy medytowałem z obiektywem w dłoni nad pornografią architektury. Raz w Szkocji przy rozbiórce wieżowca, a potem w dawnej bazie wojsk radzieckich w Pstrążu. Tym razem jednak kontrast z wycyzelowanym osiedlem szwajcarskich domków daje nieporównywalną intensywność. Rozpad, rozkład fascynują umysł barbarzyńcy. Widać, wbrew moim usilnym odżegnywaniom i dekonstrukcjom tożsamościowym, mocno tkwię w mentalności nadwiślańskich nomadów, azjatyckich najeźdzców.



Ta sama mentalność pchnęła mnie, by zobaczyć, co jest za wzgórzem. A mentalność ta osadza się na ciekawości. Przede wszystkim bowiem ciekawość pcha ludzi do eksploracji. Żadna tam chęć podboju, żaden głód czy lebensraum nie leży u podstaw penetrowania nieznanych terenów, a właśnie ciekawość. Dopiero po drodze pojawiają się pomysły na uzyskanie jakichś korzyści. Może to próba dorosłego zracjonalizowania, irracjonalnej, dziecięcej ciekawości. Ta próba okazuje się jednak również absurdem o uporządkowaniu, posiadaniu i przywłaszczeniu. Tymczasem obchodząc wzgórze leżące w granicach administracyjnych Szwajcarii, w zależności, po której stronie zbocza kroczę, otrzymuję sms-y witające mnie we Francji, Niemczech, a potem Szwajcarii. Taka współczesna wojna operatorów. Fantazmat granic, w które wpisujemy przyrodę - koniecznie ją unarodawiając. Nie czujemy, że mieszamy porządki i światy, mówimy: polskie/ niemieckie/ szwajcarskie góry, lasy, bociany (nie no, bociany są tylko polskie...).    

Sam w końcu, zajadając się czereśniami z dzikiego (mam nadzieję niczyjego już) sadu i patrząc ze wzgórza na Füllinsdorf, dostrzegłem trzy spożywcze dyskonty i zacząłem rozmyślać, jak się ma freegactwo w Szwajcarii. Zważywszy na tutejsze ceny byłoby to bardzo rozsądne, chyba, że ryzyko mandatu za wtargnięcie na świętą własność prywatną mogłoby skończyć się moją niewypłacalnością.



Dobrze mieć w pobliżu swojego domu takie zalesione wzgórze, żeby od czasu do czasu wdrapać się na nie i popatrzeć z góry nie tylko na to co jest dalej, ale spojrzeć z inszej perspektywy na ludzkie zamieszanie w dole, z którego się przyszło. Potem ze świadomością góry i pejzażu nikiforowych domków-pudełeczek, łatwiej się zdystansować do egzystencji w dolinach.

Tak przebiega proces mojego zasiedlania. Chętnie podążam za myślą Martina Heideggera[1], który dowodził, że współczesne niemieckie słowo "budować" (bauen) znaczyło kiedyś "mieszkać" (W języku polskim słowo „zadomowić” również ma etymologiczne powiązania z czasownikiem „budować”, ponieważ znaczenie „domu” wiąże się z członem „dem”, który pochodzi z sanskrytu i oznacza „budowanie”, „tworzenie”, jak choćby w słowie „demiurg”[2]). Niemniej "mieszkać", jak dowodzi niemiecki filozof, to także "otaczać opieką", a jeszcze wcześniej znacyzło po prostu być, czego szczątkową formę znaleźć można w niemieckiej odmianie tego czasownika, w pierwszej i drugiej osobie liczby pojedynczej (bin, bist). Również dzisiejsze niemieckie "mieszkać" (wohnen) Heidegger wyprowadził ze starosaksońskiego słowa wuon i gockiego wunian oznaczających „pozostawanie”, ale wunian to także „być spokojnym/ wprowadzonym w spokój”.

A więc i ja wprowadzam się w (s)pokój, otaczając opieką nowe miejsce, poznając je, znajdując analogię do miejsc znajomych, dobrze się kojarzących.




Appendix:

Kilka dni później szwędałem się po wzgórzach zamykających od południa dolinę Ergolz. Trzeba najpierw było minąć stację i przejść uliczkami uroczego Frenkendorf, w którym, gdyby nie przejeżdżające z rzadka auta, można by było pomyśleć, że czas zatrzymał się tu na początku XX wieku. Stara szkoła w cieniu potężnych kasztanowców, maleńki ryneczek z pobielonym kościołem i bajkowe domki w stonowanych kolorach z drewnianymi okiennicami. Strome i wąskie przejścia ustępują jednak nagle miejsca przestrzeni pofalowanych sadów. 
                           
Tu każdy może sobie wynająć niekoniecznie kwartał z owocowymi drzewami, ale jedno drzewo. Oparte o pnie złożone drabiny czekają aż najemca je rozstawi i da ulgę zgiętym do ziemi gałęziom, obciążonym kiściami bordowo-czarnych czereśni. Niemożebny zapach pobliskiego lasu, ziemi oddychającej deszczem, który spadł w nocy i owoców. Przede wszystkim owoców. Powietrze wydaje się aż lepkie od czereśniowej słodkości, kiedy kroczy się w kierunku okazałej skalnej ściany, skąd roztacza się widok na dolinę. A po drugiej stronie krajobraz już tak nie zachwyca. W dole miasto. Basel z wijącym się Renem.  

Odwracam się więc na pięcie i zbiegam błotnistą ścieżką w dolinę, przez pastwiska. Nogi niosą same, w skroniach "jak w klatce ptak, spłoszony puls"  aż przyśpieszony oddech zatrzymuje się zdławiony widokiem domu Mumików. Nie ma nikogo. Taczka oparta o ścianę, zatrzaśnięte okiennice, głaskane przez gałęzie tulącej się do ścian lipy, lekko podwinięty dach, długi komin wypoczywający po zimie i odwrotnie niż zimą nagrzany od zewnątrz słońcem. Obok domku poletko, a poniżej niewielki sad i potężna przestrzeń naobkoł. Gdyby tak można było zostać tu, zasnąć, napełniwszy wcześniej igliwiem brzuch... Ech...

                                              
                                              

 

                                                          







[1] M. Heidegger, Budować, mieszkać, myśleć, tłum. Krzysztof Michalski, w: Eseje wybrane, wyb. i oprac.
K. Michalski, tłum. Krzysztof Michalski i in., Warszawa 1977, s. 316-334.  
[2] Anna Legeżyńska, Dom i poetycka bezdomność w liryce współczesnej, PWN, Warszawa 1996, s. 46.

sobota, 10 maja 2014

Ersatz



Sobotnie przedpołudnie w Krakowie. W nocy padało, ale dzień zapowiadał się słonecznie. Lekki wiatr. Muzeum Etnograficzne, gdzie dzień wcześniej odbył się wernisaż wystawy Sławy Harasymowicz, zatytułowanej "Ersatz". Wróciłem tu dzisiaj, żeby na spokojnie i w bezludności raz jeszcze dać się zabrać w podróż. Rzecz o genealogii, płynności granic osobowościowych, ale i państwowych, o przenikaniach tożsamościowych, o białych plamach historii rodzinnej i powszechnej. Abstrakcyjne pejzaże map, fragmentów zdjęć. Przybliżanie i oddalanie od danej instalacji uwidacznia inne treści, inne znaczenia. Makrohistoria przenika się z mikrohistorią. "Ersatz" to bardzo osobista opowieść o mierzeniu się z przeszłością. Brak tu jednak odniesień dosłownych - nie ma zdjęć twarzy, nie ma podpisów. Każdy więc może zacząć snuć swoją historię, dopowiadać i tworzyć genealogię własną.

Opuszczam muzealne piwnice, mrużąc oczy w ostrym świetle południa. Myśli błądzą po zatrzymanych w pamięci kadrach. Pierwsze kroki po bruku ulicy Krakowskiej stawiane nieświadomie, jeszcze jakby poza czasem i konkretną przestrzenią. Może to Lwów? Wrocław, Stryj, Kraków, Woldenberg...? Z wolna zaczynają jednak docierać pierwsze dźwięki ulicy. Wizualizuje się też naokolna rzeczywistość. Coraz intensywniej. Kordony policji. Jakieś wrzaski. Skandowane hasła. Przejście w stronę rynku zostało zablokowane. Idzie czarno-biały marsz. Kątem oka, na placu Wolnica, dostrzegam grupkę osób z kolorowymi balonami. Czarno-biały marsz wrzeszczy w ich kierunku: "Idziemy po was pedały!".

Nie wiadomo skąd, wyrasta nagle przede mną wielka, czerwona, ogolona głowa z przekrwionymi oczami i krzyczy: "Zajebać ci, pedale!?". Nie zdążyłem zareagować, ale głowa tak szybko jak się pojawiła, tak szybko zniknęła, odprowadzana przez kilku policjantów. Czarno-biały marsz skręcił już w stronę placu Wolnica. Zaraz będzie można przejść. Policja też znika. Stoję jeszcze sparliżowany, gdy przez jezdnię biegną w moją stronę trzy ubrane na czarno dziewczyny o zakolczykowanych twarzach. Kiedy są już blisko wrzeszczą: "Wypierdalaj, naziolu!!!" i plują w moją stronę, po czym odbiegają. Ścieram ślinę z twarzy i ramienia.

Powoli odchodzę w stronę rynku. Niczego znów nie słyszę. Specjalnie mrużę oczy, by znów oderwać się od rzeczywistości, mając nadzieję, że to, co widziałem, czego doświadczyłem, to jakaś kiepska podróbka tej rzeczywistości, ersatz właśnie.

Nie ogarniam. Nie przynależę. Czy ktoś wie, jak można wypisać się z ludzkości? Mam dość.




piątek, 11 października 2013

Rykowisko albo pierwsza krew



Noc. Uśpiony wraz z całym miastem Münchensteiner Brücke w smużącym się mżawką świetle latarni. A po moście ktoś chodził, ktoś chodził jesienny. Wrześniowy poniedziałek. Pierwszy dzień pracy. Po drodze nie spotkałem, jak dwa lata temu, łasicy, a nietoperze nie dokonywały cudów lotniczej ekwilibrystyki tuż nad moją głową, gdy rozpędzony wynurzałem się z rowerowego tunelu. Może to kwestia pory roku? Wilk był jednak na miejscu. Wilk świecący halogenowymi ślepiami zza drzew, zgrzytający metalowymi zębami, wyjący przeraźliwym industrialem. Z mostu widać go już w pełnej okazałości. Bocznica manewrowa bazylejskich kolei zwana Wolfem. Tory po horyzont. Ponad – tylko Münchensteiner Brücke wiszący nad złowrogo pobłyskującymi szynami w ponurym milczeniu. Nie pamiętam, żebym kogoś mijał przejeżdżając przez ten most. Kogoś, kto by chodził od przęsła do przęsła. Do przęsła od przęsła. Od krawężnika do balustrady. Od przęsła do przęsła. Do przęsła od przęsła. Lewa noga. Prawa noga. Lewa noga. Może przyniósł tu wszystko, co miał i był, wciąż był. Nie wiem, nie widziałem, mrużąc oczy w mżawce, skupiony na drodze, zerkający tylko w stronę Wolfa. Więcej jednak wychwytywało ucho niż oko. Zgrzyt, pisk, świst, huk i kakofonia wrzasków. Jeszcze niezrozumiałych, ale z każdym metrem coraz wyraźniej formująca się w lingwistyczny, poziomy Babel: „Saluuuuuuut!”1, „Andiamo!”2, „Wo bisch, Gokan?!”3, „Emil cajne!”4 i nie rozpoznawalne przeze mnie, a najczęstsze – tureckie pokrzykiwania.


Pogranicze totalne. Ziemia niczyja, którą pochłania się nazywając na nowo, tworząc nową opowieść. Słowa różnych języków po jakimś czasie zaczynają być akceptowane przez wszystkich. Dlatego najczęściej słyszanym pozdrowieniem jest francuskie „salut”, a dzwonkiem na przerwę jest włoskie „mangiare”5. Ciekawe, że żadne tureckie słowo jeszcze się nie przyjęło. Może przyswajalność jest odwrotnie proporcjonalna do częstotliwości i mnogości występowania słów, a może to kwestia obcości, inności, poza-zachodnio-europejskości? Niemiecki na Wolfie jest cichy. Używany w rozmowach lub w kontakcie z centralą dworcową. Na samym dworcu jest inaczej – tam nie ma pokrzykiwań. Tam z megafonów płynie Hochdeutsch, czyli oficjalny niemiecki, bez miejscowych naleciałości dialektowych, tłumaczony wedle standardów na angielski i francuski. Bocznica kolejowa rządzi się jednak swoimi prawami i swoją emocjonalnością soczystych wyklinań: „vaffanculo”, „bastarde”, „verdammt”, „merde” i pewnie ich tureckimi odpowiednikami. To pogranicze wyrosło na poddatnym gruncie państwa, gdzie w różnych kantonach obowiązują różne języki (niemiecki, francuski, włoski i rumuński). Język nie jest więc tu wyznacznikiem narodowości, a sama kategoria narodowości jest znacznie bardziej liberalnie pojmowana. No, chyba że chodzi o konkretny kanton. Patriotyzm ma wymiar wybitnie regionalny.

Nie wiem czy to kwestia pierwszego dnia pracy po dwuletniej przerwie, ale w tę wrześniową noc wrzaski rozdzierały przestrzeń ze szczególną intensywnością. Brutalnie wręcz świdrowały powietrze, wdzierając się przez uszy pod czaszkę, która zdawała się drżeć jak membrana głośnika. Tylko czasem, na chwilę zagłuszane były piskiem rozpędzonej lokomotywy, przypominającej kształtem i brudnoczerwonym kolorem zużyte, zeschłe tampony, jakich akurat tego dnia także mo(/e)nstrualne ilości wyciągałem z pociągowych śmietników. Jakby nastąpiła synchronizacja cykli księżycowych kobiet w tej akurat rozciągłości geograficznej. Więc to może zapach krwi rozjuszył męskie instynkta na Wolfie? Wyczuwało się większą niż zwykle zawziętość rozmów, agresywniejsze i prowokujące gesty i intonacje. Ja byłem „junge” („młody”), w nomenklaturze jeleniej – cielak, więc niegroźny, niestwarzający zagrożenia, nie biorący udziału w ustawkach hierarchizujących stado, a ponadto tymczasowy.


Był, jak się wkrótce okazało, jeszcze jeden powód rykowiskowych starć. Być może najważniejszy, a na imię miał Esperanza, jedyna kobieta na bocznicy. Zanim ją zobaczyłem – najpierw usłyszałem. Grzmiący śmiech zdawał się głośniejszy niż trzaski zajeżdżających pociągów. Po chwili z mgły albo papierosowego dymu (ilość wypalanych papierosów przez Esperanze powoduje, że bez zmysłu powonienia trudno byłoby odgadnąć czy to ziemia mgłą oddycha czy to dym wydmuchiwany przez Esperanzę spowił okolicę) wynurzała się około pięćdziesięcioletnia, niska i krępa Angolka, o niezwykle głębokiej czerni skóry, która zdawała się absorbować przestrzeń niczym galaktyczna czarna dziura. W nocnym pejzażu błyskają przy każdym gromkim śmiechu jej złota biżuteria i białe zęby z dużymi przerwami („przerwa na papierosa” zyskuje tu także ortodontyczne znacznie). Z każdym wita się wylewnie i głośno zachrypniętym, mocnym głosem, kontrastującym z ciepłymi słowami i zdrobnieniami, jakimi określa każdą osobę już na początku (nigdy nie powiedziała do mnie „Alan”, zawsze „Ali”). Bywa, że nagle zaczyna z kimś tańczyć na torach albo bezceremonialnie siada na czyichś kolanach. Istna „Big Black Mama” (http://www.youtube.com/watch?v=M4tILEQ5dDM). Żywioł, którego potężna siła opiekuńczo-przyjazna ma także swój wymiar wściekle gwałtowny i miażdżący każdego, kto próbuje wykorzystać bezczelnie przychylność, kto posunie się o jeden niesmaczny gest za daleko. Wtedy drży ziemia od krzyku, a Esperanza dyszy ciężko dymem papierosowym. Kiedy do takiej sceny dochodzi w zamkniętym pomieszczeniu, np. w kantynie, to ewakuują się wszyscy w promieniu kilkudziesięciu metrów. Na miejscu zostaje sparaliżowany wrzaskiem delikwent, który poważył się nadużyć dobroci Esperanzy. Po pięciu minutach, jak po nagłej letniej burzy, „Big Black Mama” znów staje się słoneczna i przytula tego, którego przed chwilą niemal nie zabiła spojrzeniem i głosem.


Zaczęło padać mocniej. Naciągnęliśmy na głowy rozcięte z jednego brzegu czarne plastikowe worki, w które zbieramy pociągowe śmieci. Sami (Srilańczyk), Oeztürk (Turek), La Roccha (Włoch), Esperanza i ja. Wszyscy o ciemniejszej karnacji + ja – jeden białas z białym, niemieckim nazwiskiem. W trójkątnych czarnych czapach przechodzących w targane najmniejszym podmuchem wiatru peleryny wyglądamy jak murzyńska wersja „Ku Klux Klanu” z jednym potencjalnym autodestrukcjonistą w mojej osobie (Kilkanaście dni później od jednego z Turków usłyszę, że jak będę przystawał z czarnymi – akurat tak wyszło, że najczęściej rozmawiam z Michaelem z Kenii albo z Esperanzą – to sam stanę się czarny. Odpowiedziałbym najchętniej „Chwała Panu!”, ale że nie wiedziałem jak to powiedzieć po niemiecku, więc odparłem tylko, że się cieszę, bo lubię kolor czarny.) Staliśmy wpatrzeni w noc, w kierunku Münchensteiner Brücke, za którym był dworzec główny, skąd przyjeżdżały kolejne pociągi. Dziwnie długo spóźniały się teraz, co zdarza się tu niezwykle rzadko. Właściwie powinien zajechać już nawet kolejny. A tu cisza. Umilkły wrzaski. Nic nie jeździło. Nic nie mówiliśmy do siebie. W centrali nikt się nie zgłaszał. Czasem padł jakiś pomruk niezadowolenia, może przekleństwo. Czekamy. Mokniemy. Nagle monotonny poszum deszczu zagłusza telefon. Każą nam iść do lokalu, bo chwilowo nic nie będzie jechało. Ktoś rzucił się mostu pod jadący pociąg. I znów cisza. Nikt się nie poruszył, nie padł żaden komentarz. Zerknąłem w stronę mostu, nad którym dojrzałem drwiący skojarzeniem, dogasający neon „Lonza” na wieżowcu. Spuściłem wzrok, upewniwszy się wcześniej, że nikt nie zobaczył mojego ciekawskiego spojrzenia. Zaszurałem nogą. Błysnęły zapalniczki, a potem zatliły się papierosy. Powoli ruszyłem pod dach i mimowolnie wymruczałem za Bukowskim: after all the threats to do so / somebody else has committed suicide for me / at last. Następnego dnia jechałem do pracy już inną trasą. Było po prostu krócej.



1 francuskie „cześć”
2 włoskie „idźmy!”
3 szwajcarsko-niemieckie: „wo bist (w domyśle: „du”)?”, czyli „gdzie jesteś, Gokan?”
4 szwajcarsko-niemiecka wersja „Emil zehn”, czyli „Emil dziesięć”, czyli idolektowo-Wolfowe określenie numeru toru E10.
5 jeść